wtorek, 10 kwietnia 2012

Rozcieńczyć myśli

Rozcieńczyć myśli. Rozcieńczyć myśli tak bardzo by prawie ich nie było. Oto sposób na zrozumienie drugiego człowieka i samego siebie. Z fizycznego punktu widzenia rozcieńczaniem myśli nazywam przejście w skali od sił elektromagnetycznych do sił grawitacyjnych – prawie 10 do potęgi 40 słabszych. Mówi się, że człowiek jest istota elektromagnetyczna bo budowa jego ciała wynika z oddziaływań tych sił pomiędzy cząsteczkami organicznymi zbudowanymi głownie z węgla, wodoru, tlenu, azotu, fosforu. Zupełnym milczeniem pomijamy siły grawitacji istniejące między tymi atomami – zgodnie z przyjętym fizyce modelem te siły w wymiarze cząsteczkowym czy atomowym.

Ale „rozcieńczyć roztwór” to zapożyczenie z Homeopatii - pseudonauki nie uznawanej przez oficjalną medycynę. Skuteczność leczenia środkami homeopatycznymi zależy bowiem od rozcieńczenia substancji. W krańcowych przypadkach substancji w roztworze nie ma, a tym co ma właściwości lecznicze jest informacja zapisana w wodzie.

A więc powróćmy do naszej myśli na początku. Często mówi się potocznie: nic na siłę. To znaczy, że działając zbyt gwałtownie możemy odnieść wprost przeciwny skutek. I nasze próby zmiany sytuacji lub kogoś spełzną na niczym. Powinniśmy raczej oddziaływać delikatnie, słowami, gestami. Prawdopodobnie najlepszy skutek jest wtedy, gdy w ogóle nic nie mówimy, lecz po prostu jesteśmy. Druga osoba jakby „nasiąka” naszą obecnością i naszą odmiennością. I ta „bezsłowna” odmienność ją zmienia. Zresztą nas również. Wiecie co to jest? No tak – to jest ta znana nam miłość, która nie potrzebuje słów, żeby się potwierdzać.

Jakie jest wyjaśnienie tego? Otóż przeczytałem artykuł Pana Janusza Dąbrowskiego dotyczący homeopatii (http://eiba.pl/97) i znalazłem tam takie stwierdzenie: "wyniki wszelkich badań naukowych dają wyraźne dowody na to, że właśnie słabe sygnały działają skuteczniej na organizm na poziomie komórkowym niż sygnały silne"

Acha! Ależ to genialna obserwacja! Byłem właśnie na spacerze Kajratem i słuchałem „Romeo and Juliet” Czajkowskiego i pomyślałem sobie: Jak to jest, że tak delikatne dźwięki mogą wywoływać u nas tak silne wrażenia? Czyż nie jest to związane z zasadą, że aby pobudzić najmniejsze elementy naszego umysłu potrzeba impulsów bardzo delikatnych? Bo przecież „nic na siłę” a jedynie poprzez dopasowanie rezonansowe energii można cos pobudzić.

No i potem to już była fala myśli i różnych przykładów:

- chirurg wykonujący operację oka potrzebuje bardzo delikatnych instrumentów, takich których siła działania nie zniszczy skomplikowanej struktury oka. No przecież nie da się wyleczyć oka młotkiem! (tylko niektóre telewizory ponoć można – te co „gniotsa nie łamiotsa).

- w fizyce modele budowy atomu w ogóle nie uwzględniają siły grawitacji. Jest zbyt mała, więc zamiata się ją pod naukowy dywan sił elektromagnetycznych. Ale przecież one istnieją i tylko bardzo, bardzo, bardzo (trzeba powtórzyć chyba z milion razy), są małe w więc wymagają bardzo „delikatnego” przyrządu który mógłby ich oddziaływanie na tym poziomie zbadać. I jakby na przekór badaniom w LHC stosującym ogromne moce, chciałoby się powiedzieć – nie! Żeby zrozumieć istotę materii trzeba iść w druga stronę i stosować moce coraz słabsze! No i tu natrafiamy na dylemat: Jakie urządzenie dysponuje wyjątkowo słabymi siłami – wprost niemierzalnymi? Ano, nasz mózg. On potrafi zobaczyć np. elektron poruszający się w dowolny sposób w atomie, choć zasada Heisenberga ze świata elektromagnetycznego – mówi, że niemożliwe. Zastosujmy do badania elektronu „homeopatycznie rozcieńczone” słabsze siły grawitacji – a historia życia elektronu ukaże się nam w całej okazałości
- inny przykład, tez z fizyki dotyczy ruchów Browna drobin w zawiesinie, ujętych we wzory przez Einsteina. Wszystko jest ok., jeśli patrzymy na nie statystycznie. Ale spróbujmy zamontować kamerę na pojedynczej drobinie i zapisać całą historię jej ruchów. I nie w tym rzecz jakiej marki byłaby kamera, ale w tym jak dużą czułością i jak małymi energiami musiałaby dysponować, żeby w ogóle takie zjawisko obserwować;

- z podobnego wynika podobne (podobne trzeba leczy podobnym) – tak w przybliżeniu brzmi zasada homeopatii, którą można by również ująć w ten sposób: małe badaj małymi siłami, bo zbyt duże zniszczą ją i nic nie zobaczysz. Dlatego dokonując niewielkich zmian w pojedynczych komórkach, po pewnym czasie możemy uzyskać zmiany całego kompleksu komórek, i w efekcie całego organizmu.

- i jeszcze o grawitacji, która jest jakby homeopatyczną siłą współczesnej fizyki kwantowej. Zgodnie z prawami fizyki, siła grawitacji, a właściwie jej natężenie maleje wewnątrz ciała liniowo do zera. Wartość zerową ma więc grawitacja w „środku” obiektu materialnego – np. naszej głowy. Pomijam w tym momencie „toporną” siłę grawitacji Ziemi, z którą cały czas musimy walczyć. Chodzi mi o jej wartości bliskie zera, tuż w pobliżu środka głowy (mózgu). I tu na scenę wchodzi astrologia (haha!). Pseudonauka o oddziaływaniu obiektów niebieskich poruszających się po ekliptyce. Otóż siły oddziaływania tych obiektów – Słońca, planet, księżyców – są bardzo, bardzo małe. Rzędu nano (10 do -9) i piko (10 do- 15) Niutonów!. Ale zgodnie z przewodnią myślą tego artykułu mogą mieć one swoje rezonansowe energie w naszym mózgu – właśnie w pobliżu jego środka, gdzie wartość natężenia grawitacji musi być podobna! I tak być może powstaje świadomość. Być może również, rząd energii odpowiadający tym siłom bliski jest wielkościom atomów i cząsteczek. Dlatego astrologia może mieć uzasadnienie w prawach rządzących homeopatią, a według mnie również nauką oficjalną. Bo wszystko w gruncie rzeczy jest kwestią czułości urządzeń pomiarowych, którymi dysponujemy i sposobu dokonywania pomiaru. Wszystkie do tej pory posługują się siłą elektromagnetyczną, która jest zbyt „silna” by naturę rzeczy bardzo małych zobaczyć. Jak na razie jedynym przyrządem, który ma odpowiednią czułość jest nasz mózg, któy potrafi czytać siły grawitacji.