środa, 29 grudnia 2010

Granica błędu

Model wahadła jest dobrym przybliżeniem sposobu naszego myślenia i dyskutowania. Większość zdań naszych zawiera nazwy pojęć i czas. Czas zaś ukryty jest w czasownikach. Niewiele znaczy powiedzieć „światło”. Ale: „światło jest” już zaczyna coś znaczyć, bo w wyrażeniu tym pojawia się czas w postaci czasownika „jest”. Zaczyna się w ten sposób dzianie (się). A co będzie jak powiem: „światło jest falą”? Dokonam, w ten sposób „wahnięcia” od jednego pojęcia (światło) do drugiego (fala) z łącznikiem, którym jest opis czasu (jest). I tak jest z każdą naszą rozmową, z każdym zapisem naszym. Nasze myśli „wahają” się pomiędzy pojęciami które już znamy (i które stale uzupełniamy), a tym co je łączy - są nasze określenia czasu (ciągle uzupełniane). Wiedzieć, zrozumieć, dostrzegać, ostrzegać ... ileż określeń czasu jest w naszych wypowiedziach. Wstawiamy je mimowolnie pomiędzy dobitne akty stwierdzeń-określeń: to jest to, a to jest to ... Jak w wahadle. Model naszego myślenia, oparty na modelu wahadła, przedstawia rysunek poniżej. Pomiędzy każdym kolejnym pojęciem, które chcemy powiedzieć (pomyśleć), wprowadzamy zawsze element czasu. Co więcej - nie jest to wahadło swobodne, bo jego czasy przebiegu wymuszane są oddziaływaniem grawitacyjnym obiektów (ciał) znajdujących się w wiecznym ruchu, poza nim. Ktoś powie: ależ to nie ma znaczenia. Dla naszych praktycznych potrzeb, wystarczy przybliżenie „makro”, które doskonale spełnia się w życiu codziennym, a nawet tym kosmicznym (lot rakiet). I będzie miał rację. Bo jego prawo – idealizować. (Wniosek filozoficzny: skoro nie ma wahadła swobodnego, to nie ma tzw. wolnej woli, bo wszystkie nasze działania w życiu są wymuszone.) Rysunek poniższy obrazuje zmiany wartości natężenia pola grawitacyjnego, „w granicach błędu”, wywołane drobnymi zmianami zewnętrznego pola grawitacyjnego, oraz ich związek z powstawaniem kolejnych nazw-pojęć w myślach. Jaka jest w takim razie prawda mówiąca o naszej relacji z Wszechświatem? Nie ma wielkości mierzonej w świecie, o której moglibyśmy powiedzieć, że dokładnie jest taka – jaką ją mierzymy. Wszystko co mierzymy jest przybliżeniem. Ba, wykonujemy czasami dziesiątki, setki pomiarów by daną wartość określić. Żyjemy w świecie liczb rzeczywistych – nie naturalnych. Bo, czy ktoś wie ile wynosi dokładnie wartość stałej grawitacji G, lub innych stałych? A z jaką dokładnością „wiemy”, że długość wzorca w Serve pod Paryżem wynosi 1m? Rysunek poniższy przedstawia, wyniki pewnego hipotetycznego pomiaru fizycznego (np. okresów wahań), który można rozciągnąć na każdy pomiar. W zbliżaniu się do ideału „wypowiadamy” nieskończoną liczbę wielorakich pojęć, ale żadne z nich nie będzie zgodne z ideałem. Teoria Wszystkiego nie jest możliwa do odkrycia, bo jakakolwiek by ona nie była, zawsze będziemy o niej dyskutowali, wyrażając swoje wątpliwości. Jedynym rozwiązaniem wydaje się być to wynikające z demokracji: teoria zostanie przyjęta na zasadzie większości, ale nie bezwzględnej. Będzie ideałem hołubionym przez jedne kultury i zaprzeczanym przez inne. Podobnie jak to się dzieje z wiarą. Oczywiście o ile demokracja przetrwa ... (Możemy także wszystkie nasze dociekania zastąpić słowem Bóg – i wtedy wszystko jest jasne). Istnienie wrodzonych struktur gramatycznych w naszym mózgu, zasugerował znany, kontrowersyjny lingwista Noam Chomsky, w pracy „Syntactic Structures”, wydanej w 1957r. ps. Inspiracją do napisania notki była analiza tekstów zamieszczanych w blogu Salon24.pl, a szczególnie dwóch: „Okresy” oraz „Metoda Einsteina”, prof. A. Jadczyka, no i ... spacer z moim psem Kajratem)

wtorek, 28 grudnia 2010

Melodia słów

Bardzo ciekawa I znamienna jest wypowiedź Robakksa dotycząca postrzegania „gmachu” współczesnej matematyki: „W jednym tyglu mieszają się liczby rzeczywiste z naturalnymi i zespolonymi, wymiary z metrykami, pierścieniami i ciałami, a im więcej nowych nazw tym mniejsza możliwość by wyłowić to co istotne, a więc punkt na którym cały ten gmach się opiera.” (http://arkadiusz.jadczyk.salon24.pl/262482,okresy). Moja refleksja na ten temat dotyczy muzyki. Między muzyką i naszymi myślami (słowami) istnieje zbieżność. Większość naszych wypowiedzi ma konstrukcję typowego – zgodnego z teoria muzyki - następstwa harmonii. A więc zaczynamy od ... toniki – czyli deklaratywnego określenia o czym chcemy napisać, lub czy się zgadzamy czy nie z opinią przedmówcy; subdominanty – gdy gromadzimy argumenty mające nasz tok rozumowania potwierdzić; dominanty – gdy pada jedna, dwie sentencje dobitne, akcentujące nasz sposób myślenia, które powracają do ... toniki – czyli pointy, akcentującej to o czym chcieliśmy przekonać (powiedzieć) na początku. Czasami nasza wypowiedź przyjmuje jedną tylko z tych form – np. wtedy gdy uzupełniamy czyjąś wypowiedź lub tworzymy „przeplatające się”, z innymi wypowiedzi-wtrącenia. Skąd bierze się w naturze ten powszechnie stosowany w muzyce system? Z powtarzalności występujących w niej procesów, czyli okresów? Muzyka współczesna poszukuje innych rozwiązań, innych sposobów na wyrażanie odbioru muzycznego natury. Z poszukiwań tych wyłoniła sie m.in. dodekafonia Arnolda Schönberga, i wiele innych awangardowych nurtów jak serializm, muzyka stochastyczna, czy punktualizm. Muzyka ta wymaga od odbiorcy szczególnej wrażliwości estetycznej i ... cierpliwości. Podobnie jest z nowymi pojęciami w matematyce i słownictwem tym pojęciom towarzyszącym. Wszak skalę muzyczną wymyślił, matematyk – Pitagoras. Można powiedzieć, że cała, prosta harmonia współczesnej muzyki pop – wywodzi się z rozbudowanej, wielogłosowej harmonii „wymyślonej” przez wielkich twórców takich jak Bach, Beethoven, Haendel ... . I prawdą jest, że większość lubi przyjemnie brzmiące, wpadające w ucho proste melodie. Tak samo jest z naszymi, prostymi, w stylu „pop” wypowiedziami. Mówimy czasami że ich „gładkość” i „logika”, trafia w sedno sprawy. Stąd wielorakie, zaskakujące harmonijnym „brzmieniem” figury słowne. Niektórzy są w tym wręcz mistrzami. W mowie „pop”. Gorzej, gdy zaczynamy wsłuchiwać się w skomplikowane dźwięki matematyki wyższej i ... jeszcze wyższej. Oj, tu już nie każde ucho potrafi docenić i „wysłyszeć” harmonię tych dźwięków ... Matematyka staje się niekiedy zrozumiała tylko dla wąskiego kręgu odbiorców ... tak jak muzyka Schönberga. Pozdrawiam muzycznie

piątek, 24 grudnia 2010

Rezonans grawitacyjny

(wersja robocza) Tworzywo Wszechświata Wszechświat zbudowany jest z materii, która powstałą przypuszczalnie 15 miliardów lat temu podczas gigantycznej eksplozji, zwanej Wielkim Wybuchem . W kilka minut po niej cząsteczki elementarne zwane neutronami i protonami połączyły się w wodór i hel .. Przez następne miliardy lat rodziły się gwiazdy . W wyniku reakcji jądrowych zachodzących w ich wnętrzach powstały - i nadal powstają - ciężkie pierwiastki . Gdy gwiazdy eksplodują, pierwiastki te są wyrzucane w przestrzeń . Oprócz cząstek elementarnych , wszystko we Wszechświecie składa się z pierwiastków i ich związków . Struktura wszechświata Wszechświat składa się z olbrzymich supergromad galaktyk otoczonych niewyobrażalnie wielkimi obszarami pustej przestrzeni . Każda galaktyka zawiera miliardy gwiazd . Gwiazdy składają się z materii, która z kolei składa się z cząstek zbyt małych, aby można je było zobaczyć . Najpowszechniejsze cząstki to protony , neutrony i elektrony, które zazwyczaj występują razem w postaci atomów . Protony i neutrony składają się z jeszcze mniejszych cząstek zwanych kwarkami. Rozmiar Wszechświata Po Wielkim Wybuchu materia wyrzucona została z ogromną prędkością we wszystkich kierunkach. Galaktyki, które z niej powstały, nadal uciekają od siebie nawzajem. Określenia rozmiarów Wszechświata polega na wyznaczeniu odległości od nas do najdalszych galaktyk. Na podstawie analizy światła docierającego na Ziemię, astronomowie szacują, że znajdują się one w odległości około 15 miliardów lat świetlnych. (http://www.zso.zabrze.pl/fizyka/typowe%20obiekty%20astronomiczne/newpage1.htm) "Nie wystarczy się upierać - trzeba również umieć nie-upierać się - ładnie" Rezonans grawitacyjny powstaje wtedy, gdy natężenie pola grawitacyjnego pochodzącego od masy m1, w danym punkcie przestrzeni, jest równe natężeniu pola grawitacyjnego na powierzchni kuli o masie m2, której środkiem jest ten punkt przestrzeni. Liczba rezonansów grawitacyjnych znajdujących się w obiekcie masowym jest proporcjonalna do liczby słów (pojęć) potrzebnych aby kształt tego obiektu (ten obiekt) opisać. Im więcej rezonansów, tym więcej potrzeba słów aby opisać obiekt Kula ma "prosty" kształt - ma symetrie środkową i nieskończenie wiele symetrii liniowych wzdłuż osi przechodzących przez jej środek. Aby opisać kulę trzeba niekończonego zbioru (szeregu) słów o mocy M. Prościej pisząc: kulę można opisać używając nieskończenie wielu słów, ponieważ jej definicja wymaga innych słów, które także wymagają definicji - innymi słowami Ale można także powiedzieć prościej: kula jest to figura geometryczna powstała po zakreśleniu odcinka o stałej długości (promienia) wokół dowolnego punktu O, w przestrzeni trójwymiarowej. Jest to jedna z intuicyjnych (niedoskonałych) definicji. Matematyczne są bardziej skomplikowane. Kula ma jeden rezonans grawitacyjny. A co się stanie jak odejdziemy od prostego w definicji (a jednak nieskończonego) kształtu kuli? Im bardziej skomplikowany kształt obiektu, tym więcej kul możemy w nim wpisać. Rysunek poniżej tylko w przybliżeniu obrazuje sytuację, bo jaki jest promień najmniejszej kuli, która w ten obiekt można wpisać? czy zbiór słów potrzebnch do opisu tego kształtu nie jest równoliczny (ma te sama moc) co liczba kul, które w kształt obiektu można wpisać? Hipoteza Każda wpisana kula, o masie mi, wytwarza na swojej powierzchni pole grawitacyjne o natężeniu gi. Czy natężenie tego pola może być w rezonansie z natężeniem pół pochodzących np. od odległych planet, księżyców i gwiazd? Ile słów (pojęć) trzeba, żeby taki kształt opisać? Wydaje się, że również nieskończenie wiele. Ale czy moc tego zbioru - zgodnie z Teorią Mnogości - jest taka sama jak zbioru słów potrzebnych do opisu kuli. W życiu codziennym posługujemy się uproszczeniami - wystarczającymi by w miarę praktycznie i bez bólu żyć. I ta codzienna intuicja podpowiada nam, że kule opisać łatwiej niż każdy inny obiekt o złożonym kształcie. Spróbujmy wypełniać takimi kulami skomplikowany kształt kory mózgowej. W powiększeniu wygląda to tak: Każda kula to odpowiednik rezonansowy pola grawitacyjnego pochodzącego od obiektów astronomicznych. jest tyle różnych kul ile jest różnej wielkości oddziaływań grawitacyjnych i ... naszych myśli. Hipoteza 2 Wszechświat może być tylko tak wielki jak mała jest najmniejsza masa, poddająca się naszemu poznaniu. Najmniejsza masa ma rezonans grawitacyjny równy natężeniu pola grawitacyjnego pochodzącego od najdalszych gwiazd. Obecnie potwierdzono obiekty istniejące w odległości 13 miliardów lat świetlnych, czyli około 1,2 razy 10 do potęgi 26 (metra). Długość Plancka, w Teorii Strun = 10 do potęgi - 35 m. Do brzegu Wszechświata pozostało jeszcze około 10 do potęgi 10 m, czyli tylko 10 milionów kilometrów.

Myśli wracają do gwiazd

(wersja robocza)

niedziela, 19 grudnia 2010

Pojedynczy neuron odróżnia sekwencje

Pojedyncze neurony, a nawet dendryty, czyli wypustki przewodzące impulsy z obwodu do wnętrza komórki nerwowej, świetnie sobie radzą z rozpoznawaniem różnych sekwencji czasowych w docierających do mózgu informacjach. Zadaje to kłam rozpowszechnionym wcześniej twierdzeniom, że do tego typu przetwarzania konieczne są rozbudowane sieci neuronalne. W życiu codziennym musimy nieustannie wykorzystywać informacje o sekwencjach zdarzeń, by zrozumieć otaczający nas świat. Np. język, zbiór różnych sekwencji podobnych liter lub dźwięków ułożonych w zdania, oznacza cokolwiek wyłącznie dzięki porządkowi zestawienia tych dźwięków/liter. Współczesne komputery nadal zmagają się z dekodowaniem szybko wypowiadanych zdań, podczas gdy przeciętny 5-latek wykonuje to zadanie bez najmniejszego problemu. Jak mózg odróżnia jedną sekwencję wydarzeń od drugiej? Tego dokładnie nie wiadomo – opowiada Tiago Branco z Instytutu Badań Biomedycznych Wolfsona na Uniwersyteckim College'u Londyńskim. Jak się okazało, na pewno nie robi tego za pomocą dużych sieci współdziałających neuronów. Brytyjczycy pracowali na modelu mysim. Skupili się na rejonie mózgu, do którego docierają informacje czuciowe z oczu i twarzy. By sprawdzić, jak neurony reagują na zmienność w porządku bodźców, akademicy posłużyli się laserem. Pobudzali nim dendryty wg z góry ustalonego wzorca. Cały czas zapisywali generowaną w odpowiedzi aktywność elektryczną komórek nerwowych. Okazało się, że każda sekwencja wywoływała inną reakcję, nawet jeśli pobudzenie doprowadzano do pojedynczego dendrytu. Prof. Michael Hausser uważa, że pojedyncze neurony i dendryty mogą ogrywać ważną rolę we wstępnym sortowaniu oraz interpretowania masy napływających do mózgu bodźców. Niewykluczone, że cecha ta jest typowa dla wielu obszarów mózgu i występuje u różnych gatunków zwierząt, nie tylko u człowieka. Autor: Anna Błońska (http://kopalniawiedzy.pl/neuron-dendryt-pobudzenie-wzorce-informacje-przychodzace-odrozniac-Tiago-Branco-Michael-Hausser-11094.html)

piątek, 17 grudnia 2010

Mózg pilota różni się od przeciętnego mózgu

(http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/wielka-brytania/mozg-pilota-rozni-sie-od-przecietnego-mozgu,1,4084428,region-wiadomosc.html) Mózg pilota myśliwca wyraźnie różni się od mózgu przeciętnego człowieka - informuje "Journal of Neuroscience". Jak wyjaśnia główny autor badań, prof. Masud Husain z University College w Londynie, piloci działają na granicy ludzkich możliwości - muszą przy ogromnej prędkości podejmować właściwe decyzje. Testy zdolności poznawczych i badania metodą rezonansu magnetycznego potwierdziły, że w porównaniu z grupą kontrolną piloci myśliwców mają inaczej działające mózgi. Naukowcy przebadali 11 pilotów brytyjskich Królewskich Sił Lotniczych (RAF), latających na samolotach Tornado oraz kontrolną grupę osób o podobnym IQ, które nigdy nie pilotowały samolotu. Przeprowadzone testy sprawdzały zdolność do szybkiego podejmowania decyzji (testy polegały na wciskaniu odpowiednich guzików w zależności od wyświetlanych na ekranie strzałek lub szybkim reagowaniu na sygnały). Natomiast badania za pomocą rezonansu magnetycznego techniką DTI (obrazowanie tensora dyfuzji) pozwoliły ocenić budowę istoty białej, która ma wpływ na połączenia między poszczególnymi częściami mózgu. Okazało się, że piloci o wiele lepiej sobie radzą z dokładnym wykonywaniem zadań wymagających wysiłku umysłowego - mimo, że są też znacznie bardziej wrażliwi na nieistotne, rozpraszające informacje. Jednocześnie inna niż u przeciętnych ludzi jest w ich przypadku struktura istoty białej prawej półkuli mózgu - chodzi o odmienną sieć połączeń. Naukowcy nie wiedzą jeszcze, czy zaobserwowane różnice w budowie mózgu są wrodzone, czy też tworzą się z czasem.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Powrót do źródeł myślenia

Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata Ludwig Wittgenstein, Tractatus Logico-Philosophicus System geocentryczny, w którym Ziemia była centrum Wszechświata, opisał Ptolemeusz w dziele „Almagest”, wydanym w 140 roku AD. System ten przetrwał ponad 1400 lat aż do momentu gdy Kopernik, w 1543 roku opublikował „De revolutionibus orbium coelestium” rozpowszechniając teorię heliocentryczną. W notce tej nie próbuję przeciwstawiać się powszechnie uznanej teorii Kopernika a jedynie zwrócić uwagę na znaczenie tez zawartych w teorii Ptolemeusza na budowę mózgu człowieka. W systemie Ptolemeusza planety poruszały się po epicyklach, których środki przemieszczały się wzdłuż deferentów – kół zataczanych wokół Ziemi (lub equantu – punktu blisko Ziemi, wprowadzonego by nadać tym obrotom ruch jednostajny). W krzywej opisującej zmienne położenie planet można wyróżnić charakterystyczną „pętlę” wynikającą z zmiany położenia obserwowanej planety i jej czasowego ruchu wstecznego. W okresie „pętli” planety znajdują się najbliżej Ziemi. Rysunek poniżej przedstawia najbliższe i najdalsze położenie planety względem Ziemi, poruszającej się wzdłuż epicyklu i deferentu: Ruch planety po epicyklu można opisać wzorem: gdzie w0 i w1 to odpowiednio częstości obrotu planety wokół deferentu i epicyklu, a0 i a1 – stałe. Jeżeli podstawimy to równanie do wzoru Newtona na powszechne ciążenie i obliczymy pochodną siły grawitacji względem czasu otrzymamy jej zależność od pozornego (ale obserwowanego) ruchu planety po deferencie i epicyklu. Zależność ta w przybliżeniu będzie wyrażona wzorem: Wielkość siły oddziaływania grawitacyjnego planety względem Ziemi zmienia się okresowo zgodnie ze zmianą jej położenia na epicyklu i deferencie. Jego minimum jest w momencie gdy planeta jest w dolnym punkcie zataczanej „pętli”. Hipoteza. Zmienne położenie planet opisane ruchem po epicyklach, i wynikająca z tego ruchu zmienność oddziaływania grawitacyjnego, odwzorowana jest w pofałdowaniach kory mózgowej człowieka. Kształt kory mózgowej człowieka jest niejako odbiciem lustrzanym oddziaływania grawitacyjnego obiektów astronomicznych: Słońca, Księżyca, planet ... gwiazd, gwiazdozbiorów, galaktyk. Poniższy rysunek obrazuje hipotetyczne zwierciadlane odbicie zmiennego położenia planet poruszających się po epicyklach, i wpływ tych ruchów na kształt kory mózgowej: W miejscach gdzie kora mózgowa ma bruzdy, wypadkowe działanie grawitacyjne przyjmowało (przyjmuje) wartość minimum, w miejscach zakrętów (wybrzuszeń) - wypadkowe oddziaływanie przyjmowało (przyjmuje) wartość maksimum. W korze znajduje się ponad 10 miliardów neuronów. To właśnie na powierzchni kory mózgowej następuje odbiór i przekształcanie impulsów grawitacyjnych w impulsy elektryczne (elektromagnetyczne) przenoszone przez neurony. Nieregularne pofałdowanie kory było formowane przez setki milionów lat poprzez oddziaływanie grawitacyjne. Cecha ta, została rozwinięta w celu lepszego dostosowywania się i uzyskania przewagi nad otoczeniem przyrodniczym. Aby opanować zdolność myślenia i posiadania świadomości mózg człowieka nauczył się odczytywać grawitację. Znamiennie brzmią są w tym momencie słowa Wittgensteina, wiążące nasz język ze światem myśli - które, zgodnie z tą hipotezą - pochodzą z nieograniczonego, trawającego w wiecznym ruchu świata grawitacji. Na rysunku: Wszechświat Ptolemeusza z geocentrycznym (homocentrycznym) umiejscowieniem w środku mózgu człowieka.

Almagest i pofałdowanie kory

Występujące na powierzchni kory mózgowej pofałdowania są efektem pozornego ruchu Słońca, Księżyca oraz planet wokół Ziemi. Zmienne położenie obiektów Układu Słonecznego, opisane w dziele Almagest Ptolemeusza, wyjaśnia w jaki sposób, cyklicznie zmienne oddziaływanie grawitacyjne tych obiektów wpływało na uformowanie pofałdowanego kształtu kory mózgowej.

Teoria geocentryczna współcześnie

Z punktu widzenia kinematyki zarówno przyjęcie geocentrycznego jak i heliocentrycznego układu odniesienia jest prawidłowe. Względność ruchu gwarantuje bowiem swobodę wyboru układu odniesienia. Opis ruchu ciał układu słonecznego jest jednak znacznie prostszy w przypadku układu odniesienia związanego ze Słońcem niż w przypadku układu związanego z Ziemią. Pewne zagadnienia jednak wygodniej jest rozważać w układzie geocentrycznym (np. ruch satelitów Ziemi) ,oraz w astronawigacji. (http://pl.wikipedia.org/wiki/Teoria_geocentryczna)

Teoria geocentryczna

W naturalny sposób za centrum Wszechświata pierwsze teorie uważały Ziemi. System zakładający, że w centrum Wszechświata znajduje się Ziemia, obiegana dookoła przez planety, Księżyc i Słońce a na zewnątrz otoczona sferą gwiazd stałych nazywa się systemem geocentrycznym (z greckiego Geos - Ziemia i centrum - środek). Koncepcja ta rozwinęła się w starożytnej Grecji. Ostateczny kształt nadał jej Klaudiusz Ptolemeusz, żyjący w Aleksandrii w II w n.e. Dość szybko astronomowie zorientowali się, że założenie, jakoby planety obiegały Ziemię po orbitach o kształcie okręgów jest sprzeczne z wynikami obserwacji astronomicznych. Kiedy obserwujemy ruch planety na tle sfery niebieskiej widzimy, że nie porusza się ona ruchem jednostajnym ale przyspiesza, zwalnia, a czasami nawet cofa się. Gdyby planety obiegały Ziemi ruchem jednostajnym po okręgu coś takiego byłoby niemożliwe - obserwowany ruch planet powinien być jednostajny. Rozwiązanie tłumaczące tą sprzeczność bez rezygnowania z centralnej pozycji Ziemi we Wszechświecie znalazł grecki matematyk i astronom, Euksodos z Knidos a rozwinął je Ptolemeusz. Przyjęto, że ruch planet nie jest prostym ruchem po okręgu. W modelu Ptolemeusza po orbitach kołowych (zwanych deferentami) poruszają się mniejsze okręgi, zwane epicyklami, a dopiero po nich poruszają się planety. Tak skonstruowany system znacznie lepiej tłumaczył zjawiska zachodzące na niebie. Ponieważ zdarza się, że planeta w swoim ruchu po mniejszym okręgu (czyli epicyklu) porusza się w kierunku przeciwnym do kierunku ruchu po orbicie więc możliwe jest, że planeta okresowo zwalnia i przyspiesza lub nawet cofa się. W swoim dziele pod tytułem "Almagest" Ptolemeusz przedstawił skonstruowany w ten sposób system i wykazał przez skomplikowane obliczenia, że pozwala on dość dokładnie przewidywać ruchy ciał niebieskich. Teoria Ptolemeusza była (jak na swoje czasy) teorią dopracowaną i dobrze tłumaczącą obserwowane zjawiska. świadczyć może o tym fakt, że "Almagest" był powszechnie używany i czytany aż do czasów Kopernika. (http://www.jawsieci.celniej.pl/fachowo.php?id=_fachowo/wszechswiat)

Układ Słoneczny Ptolomeusza

Teoria geocentryczna, głosiła, że Ziemia jest centrum Wszechświata. Wszystkie natomiast planety i Słońce krąży wokół naszego globu. Jednak teoria ta nie były jedyną teorią dotyczącą położenia naszej planety we Wszechświecie, Niektóre z nich były całkiem blisko prawdy. Na przykład w przypadku teorii głoszonej w Indiach, Ziemia jest pewnego rodzaju pyłkiem znajdującym się w niemożliwym do ogarnięcia dziele Bogów i że takich podobnych pyłków jest więcej. Były także teorie bliskie prawdy, tak jak teoria powstała w Grecji, wysnuta przez Arystarcha z Samos i zakładająca, że nie Ziemia a Słońce jest centrum Wszechświata. Jednak były to tylko słabe głosy zagłuszane przez zwolenników teorii geocentralizmu. Tak więc przez bardzo długi czas, cała ludzkość żyła w przekonaniu iż nasza planeta jest centralnym punktem kosmosu. Pogląd ten był tak mocno zakorzeniony, że model ten był ciągle udoskonalany, tak że jego finalna postać była praktycznie doskonała. Przyczynił się ku temu pewien Aleksandryjczyk - Ptolomeusz, który praktykował w II wieku naszej ery sztukę astronomii. Opracował on swoje dzieło, które stało się swoistą biblią ówczesnej astronomii, a które tłumaczyło ruch planet i Słońca po nieboskłonie. Dzieło to składało się z 13 ksiąg i zawierało kompletny wykład potwierdzony matematycznymi wzorami i dowodami, opisujący ruch planet. Ptolomeusz nazwał swe dzieło "Matematyczny zbiór": Jednak nazwa z biegiem czasu ewoluowała, aż w końcu odpowiadała łacińskiej "Almagest", której używa się do dziś. Według teorii opisanej w Almageście, każda planeta poruszała się po tak zwanym epicyklu. Epicykl ten miał kształt koła o środku, który także się poruszał po większym kole tzw. deferencie. Deferent ten miał swój środek w punkcie gdzie znajdowała się Ziemia. W ten sposób ruch punktu na epicyklu, poruszającym się po deferencie wyznaczał tor ruchu planety wokół Ziemi. Samo pojęcie epicyklu zostało już wcześniej wprowadzone przez Apoloniusza z Pergii, który użył go w swoich pracach związanych z geometrią. W astronomii epicykl pojawił się natomiast dzięki Hipparchowi w połowie II wieku. Jak już wiemy dzisiaj model ten oczywiście był błędny i faktycznie zaczął on stwarzać problemy ówczesnym astronomom. Próbowano sobie radzić z pojawiającymi się nieścisłościami poprzez wprowadzanie tzw. epicykli wyższego rzędu, czyli kolejnych epicykli poruszających się po głównej epicykli. Wprowadzając coraz więcej takich epicykli astronomowie w zadowalający sposób radzili sobie ze sprzecznościami w swoich obserwacjach. A jak wyglądał układ słoneczny według Ptolomeusza? Otóż wyjaśnia to poniższy rysunek: Jak widać, według Ptolomeusza, dolna granica deferentu Jowisza stykała się z epicyklem Marsa. Z kolei górna granica deferentu Jowisza była styczna do epicyklu Saturna. Widać także z tego rysunku, iż Słońce nie porusza się po żadnym epicyklu, oraz co ciekawe, promienie epicykli Saturna, Jowisza i Marsa są równoległe do linii łączącej Ziemię i Słońce, na której z kolei leżą środki epicykli Merkurego i Wenus. Obliczenia Ptolomeusza co do wzajemnej odległości ciał niebieskich, ogólnie się nie zgadzały z rzeczywistymi wartościami. W przypadku odległości Merkurego od Ziemi, obliczona przez niego wartość jest 100 razy mniejsza niż wartość rzeczywista. Jednak w przypadku Księżyca, udało mu się całkiem poprawnie, bo na ok. 60 promieni Ziemi, oszacować odległość w jakiej znajduje się od Ziemi. Jednak w pozostałych przypadkach, były to wielkość bardzo zaniżone. Układ słoneczny Ptolomeusza był miejscem bardzo ciasnym. W poniższej tabeli zebrano wartości odległości poszczególnych obiektów względem Ziemi. Wartości te uszeregowano od największej do najmniejszej. (http://www.bryk.pl/teksty/gimnazjum/fizyka/historia_fizyki/10152-uk%C5%82ad_s%C5%82oneczny_ptolomeusza.html)

Epicykle i ... pofałdowanie mózgu

TEORIA GEOCENTRYCZNA Już od czasów starożytnych naukowcy i filozofowie pragnęli poznać prawa, jakie kierują ruchem planet, jakie obserwowali na nieboskłonie. Astronomia aż do XVII wieku stawiała sobie za cel nadrzędny poznanie i dokładne opisanie ruchów ciał niebieskich, w tym również Słońca i Księżyca. Wszystkie ruchy tych ciał były odnoszone w stosunku do Ziemi, która w rozważaniach astronomicznych odznaczała się specjalnie wyróżnionym miejscem. Wszechświat w oczach ówczesnych ludzi ograniczał się jedynie do orbit planetarnych oraz sfery gwiazd stałych. Wiadomości, na których oparta jest dzisiejsza astronomia, pochodzą w większości z wiedzy starożytnych. Dużą zasługę w badaniu ruchów gwiazd i planet odniósł Grek Klaudiusz Ptolemeusz. Żył on od około 100 do 168 roku naszej ery i pochodził z Aleksandrii. Był to wybitny uczony, również w innych dziedzinach. Jednak jego największym osiągnięciem było zebranie wszystkich powstałych wcześniej przez poprzednich i żyjących ówcześnie astronomów oraz ich dogłębna i rzeczowa interpretacja. Na tej podstawie doprowadził do ukształtowania pewnego obrazu ówczesnego Wszechświata. Ptolemeusz został twórcą tzw. teorii systemu geocentrycznego, która powstała na podstawie informacji dostarczanych za pośrednictwem zmysłów (zmysłu wzroku). Uważano, iż jest to słuszne, aby wysuwać na tej podstawie wnioski na temat tego, co dzieje się w kosmosie. Każdy obserwator przyglądając się niebu może stwierdzić, iż niebo krąży na jego głową, Ziemia natomiast pozostaje nieruchoma. Tak też stwierdził Ptolemeusz oraz wielu innych starożytnych filozofów. Przyjął zatem, iż Ziemia nie podlega żadnym ruchom i stanowi jednocześnie ścisłe centrum kosmosu. Stwierdził również, iż planety rozmieszczone są wokół Ziemi w sposób warstwowy, gwiazdy stałe natomiast stanowią ogromną krystaliczną obudowę całego układu. Niestety ten model Wszechświata nie tłumaczył wielu zjawisk, które również były obserwowane przez Ptolemeusza. Nie wiadomo dlaczego niektóre planety wydawały się nie poruszać wcale, inne natomiast wykonywały ruchy wsteczne, czyli poruszały się do tyłu względem tła. Ponieważ jednak żyjąca wówczas ludność była bardzo zacofana, tłumaczyła wszystkie sprawy, których nie dało się logicznie wyjaśnić z powodu braku odpowiednio szerokiej wiedzy, wolą bogów i ich działalnością. Te dziwne zachowania niektórych ciał niebieskich miały być znakami od bogów. Z biegiem lat coraz większa wiedza spowodowała, iż uczonym powoli przestawało wystarczać przypisywanie bogom pewnych niewyjaśnianych naukowo zjawisk. Spowodowało to rozpoczęcie poszukiwań racjonalnych i rzeczowych wyjaśnień dla tychże właśnie obserwowanych z Ziemi zjawisk. Najbardziej znaną teorią, która byłaby w stanie wyjaśnić sprawę dziwnych zjawisk, była koncepcja epicykli. Epicykle to niewielkich rozmiarów koła, które stanowiły tory ruchu dla planet, okrążających Ziemię na orbitach. Środek epicykli według tej teorii poruszał się po okręgu, który został nazwany dyferentem, jednak prędkość tego ruchu miała być według uczonych zmienna. Po przeciwnej stronie środka deferentu leżał punkt, zwany ekwantem. Ekwant dodatkowo leżeć miał w odległości dwukrotnie większej niż środek deferentu w stosunku do Ziemi. I tak środek epicyklu poruszać się miał z prędkością niezmienną względem ekwantu. Model ruchu planet według koncepcji epicykli przedstawia poniższy schemat: Epicykl wykonywał dodatkowo ruchy, które ukazuje z kolei poniższy rysunek: (http://www.bryk.pl/teksty/liceum/geografia/astronomia/8728-gwiazdy_i_galaktyki_historia_astronomii.html)

niedziela, 12 grudnia 2010

A Brain Cell is the Same as the Universe

Physicists discover that the structure of a brain cell is the same as the entire universe. http://www.wykop.pl/ramka/268685/naukowcy-odkryli-ze-stuktura-komorki-mozgowej-jest-taka-sama-jak-wszechswiat/

sobota, 11 grudnia 2010

Do @unukalhai

Wymysł jest efektem indukcji grawitacyjnej. Każdy nasz wymysł - ten o Bogu również. Układamy słowa w gładko brzmiące pojęcia. Chwytliwe ogólnością, podstępne szczegółem. Możemy wymyślać tysiące, miliony pytań, tylko na podstawie zasady wynikającej z kombinatoryki słów. ... jest morze, na którego powierzchni przetaczają się fale - to nasze myśli. Kłębią się, zderzają, nawracają by raptem uderzyć ze zdwojoną siłą. Czasami aż się pienią. A wszystko to dzieje się w majestacie siły która falami rządzi - grawitacji. Bo choćby najbardziej wyrafinowana fala wzniosła się ponad powierzchnię morza i tak opadnie, zmuszona wszechobecnym przyciąganiem - tym samym które odkrył Newton. ... a więc stawiajmy pytania. I takie, których jeszcze nikt nie postawił. Zadziwiajmy świat elokwencją, płynnością czy malowniczością wymysłu. Wszak jesteśmy tylko falą w bezkresnym ocenie Wszechświata, wypełnionym grawitacją. Poza nią i bez niej - wymysł nie istnieje. pozdrawiam poetycko

Mózg najbardziej skomplikowaną strukturą we wszechświecie.

http://psychowiedza.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=33&Itemid=14 Mózg jest najmniej poznaną i najbardziej skomplikowaną strukturą we wszechświecie. Mimo że odpowiada za najdrobniejsze procesy zachodzące w naszym ciele, wciąż nie powstała jedna naukowa koncepcja funkcjonowania tego narządu - mówi PAP prof. Andrzej Wróbel. Wiedzę o mózgu oraz społeczną świadomość na temat znaczenia badań układu nerwowego ma propagować "Światowy Tydzień Mózgu". W tym roku będzie obchodzony między 15 a 20 marca w wielu krajach na świecie m.in. w Polsce, Australii, Chinach, Niemczech, Indiach, Iranie, Rosji, RPA, Szwecji, Ugandzie i Wielkiej Brytanii. Jak dodaje prof. Wróbel - kierownik Zakładu Neurofizjologii Instytutu Biologii Doświadczalnej Polskiej Akademii Nauk - człowiek może żyć nie mając nawet 80 proc. mózgu, może funkcjonować z jego jedną półkulą, a nawet - w przypadku tzw. rozszczepienia - z dwiema oddzielnymi półkulami stanowiącymi dwa mózgi. "Mózg jest najmniej poznaną i najbardziej skomplikowaną strukturą jaką znamy we wszechświecie" - przekonuje prof. Andrzej Wróbel. Jak wyjaśnia, większość tego, co dziś wiemy o mózgu, nauka zawdzięcza badaniom prowadzonym w ostatnich 50 latach. Wprawdzie to ostatnie dziesięciolecie XX wieku ogłoszono dekadą mózgu, ale - według eksperta - nie przyniosła ona bardzo dużego postępu w wiedzy o budowie i funkcjonowaniu tego narządu. Rozszerzyła jednak paletę możliwości badawczych. "Do badań biologicznych wprowadzono informatykę, która jest konieczna do tego, by odpowiadać na pytania stawiane przez naukowców. Do badania tak skomplikowanej struktury jak mózg, potrzebne są jednak specjalne narzędzia, których jeszcze nie znamy" - przyznaje naukowiec O poznawczych i abstrakcyjnych przeliczeniach informacyjnych wykonywanych przez mózg naukowcy wiedzą bardzo mało. Znają sporo hipotez, nawet potwierdzonych doświadczalnie, ale nie udało im się stworzyć ogólnej koncepcji funkcjonowania mózgu. "Dużo wiemy o tzw. wejściu i wyjściu, czyli odpowiednio o układach zmysłowych i ruchowych. Wiemy, jak jest zbudowany mózg i które kawałki funkcjonalnie za co odpowiadają. Nie ma jednak ogólnej teorii na temat działania mózgu, tak jak nie ma racjonalnej teorii na temat pochodzenia życia czy pierwszych chwil po Wielkim Wybuchu. To są trzy pytania naukowe, które jeszcze pozostały do naukowego wyjaśnienia. Póki co odpowiadają na nie jedynie wielkie światowe religie" - mówi prof. Wróbel. Naukowiec rozwiewa pojawiające się teorie mówiące o tym, że człowiek wykorzystuje niewielką część swojego mózgu. "Nieprawdą jest, że wykorzystujemy zaledwie 20 proc. możliwości naszego mózgu. Ten mit wziął się stąd, że naukowcy, którzy po raz pierwszy badali elektrodami aktywność komórek mózgu, zauważyli, że co tylko piąta jest w danym momencie aktywna - czyli wysyła informacje do innych komórek" - tłumaczy. Nie znaczy to wcale, że w pozostałych, nieaktywnych komórkach nic się nie dzieje. Cały czas przeliczają one impulsy dochodzące podprogowo z innych komórek. Zdaniem prof. Wróbla, najprawdopodobniej nawet za najdrobniejszy element - za to, że widzimy muchę na białej ścianie - odpowiada praca całego mózgu. "Do wykonania zarówno bardzo prostych, jak i trudnych operacji używa on całego swojego potencjału" - przekonuje ekspert. Nie oznacza to jednak - dodaje - że jeśli jakaś część mózgu przestanie działać, człowiek nie będzie mógł funkcjonować. "Można nie mieć nawet 80 proc. mózgu" - mówi kierownik Zakładu Neurofizjologii i przytacza znaną z literatury fachowej historię Anglika, który umarł w wieku 26 lat. W miejscu mózgu miał trochę ściśniętej tkanki mózgowej, a resztę stanowił olbrzymi wodniak pod ciśnieniem. Mimo tego Anglik zaczynał robić doktorat. "Jego przykład pokazuje, że nasza wiedza o mózgu jest wciąż w powijakach" - dodaje rozmówca PAP. Jak to się dzieje, że mózg działa, nawet z jedną półkulą? "Gdy brakuje jednej półkuli, ta druga przejmuje część funkcji, za które odpowiadała brakująca część. Oczywiście taki mózg funkcjonuje trochę inaczej niż u ludzi zdrowych, ale wbrew pozorom nie jest to takie rzadkie zjawisko, jak mogłoby się wydawać" - tłumaczy naukowiec. Proces, w którym jedna tkanka mózgu zastępuje część, która przestaje funkcjonować nazwany jest plastycznością mózgu. Jest on dobrze widoczny u osób po wylewie krwi do mózgu. "Część tkanki mózgowej wówczas obumiera, co w wielu przypadkach powoduje paraliż jakiejś części ciała. Później przy pomocy rehabilitacji przywraca się jej sprawność danej kończyny, choć nie działa już część mózgu za nią odpowiedzialna" - wyjaśnia prof. Wróbel. Jego zdaniem, dzięki temu, że przy obumarciu jednej tkanki mózgu jej zadania może przejąć inna część, tradycyjny podział na półkulę lewą - racjonalną i prawą - odpowiadającą za wyobraźnię, jest zgubny. "Owszem jest pewna specjalizacja półkulowa, ale jest ona statystyczna. Mózg może zmieniać się przez cały czas, dlatego nawet jeśli coś +padnie+ np. w lewej półkuli, to nie przestaniemy racjonalnie myśleć" ? zaznacza. Oprócz tego, że człowiek może żyć z częścią mózgu, znane są przypadki osób, u których w wyniku przerwania połączeń między półkulami nastąpiło tzw. rozczepienie mózgu. W 1981 r. Roger Wolcott Sperry otrzymał Nagrodę Nobla za badania nad rozczepionym mózgiem. "Okazało się, że obie półkule mózgu funkcjonują wtedy niezależnie rządząc swoimi funkcjami i połową ciała. Znane są jednak przypadki osób, u których gdy jedna ręka chce wkładać spodnie, druga może je jednocześnie zdejmować" - zaznacza prof. Wróbel. Co wyróżnia mózg człowieka od mózgu innych ssaków? Prof. Wróbel wyjaśnia, że w wyniku ewolucji w mózgu człowieka zwiększyła się część kory mózgowej, która odpowiada za przetwarzanie informacji czysto hipotetycznych, a nie tylko za proste odruchowe działanie - charakterystyczne dla większości zwierząt. "Po drugie olbrzymia część naszego mózgu jest poświęcona mowie. To, że potrafimy się komunikować za pomocą mowy, to jest olbrzymi krok ewolucyjny. Pozwolił nam on stworzyć kulturę, a więc korzystać z doświadczeń innych pokoleń nie tylko przez przekaz ustny, ale też przez zasoby pisane" - tłumaczy.

piątek, 10 grudnia 2010

Indukcja myśli

Słowa myślane, powstające w mózgu, są efektem oddziaływania indukcji grawitacyjnej. * * * Prawo powszechnego ciążenia Newtona zawsze odnosi się do siły działającej na środek masy ciała i jest niezależne od jej kształtu. Einstein związał grawitację z geometrią przestrzeni. Wokół ciał o dużej masie, przestrzeń się zakrzywia. Co więcej, zgodnie z ogólną teorią względności pole grawitacyjne wokół ciał obracających się “wlecze” tę przestrzeń w postaci wiru. Wielu badaczy wskazuje na podobieństwo takiego pola do pola powstającego wokół poruszającego się ładunku, opisywanego równaniami Maxwella. Przez analogię, nadano temu polu nazwę: grawitomagnetyzm. W polu tym, siła jest prostopadła do ruchu obiektu, a więc prostopadła do wywieranej przez nią radialnej siły grawitacji. Jej istnienie ma potwierdzić sonda Gravity Probe B, wystrzelona na orbitę okołoziemską w 2004 roku. * * * Wielkość pola grawitomagnetycznego dla Ziemi, wzdłuż równika ma postać: Jego wartość jest bardzo mała i wynosi: Bg, Earth = 1.012×10−14 Hz Oprócz tego pola na Ziemię wpływ mają również pola pochodzące od innych wirujących i znajdujących się w ciągłym ruchu orbitalnym ciał: Słońca, Księżyca, planet ... Czy pola te mogą mieć wpływ na proces naszego myślenia? * * * A więc przyjmijmy hipotezę, że tak jest w istocie i kształt naszego mózgu dostosowywał się do trwającego setki milionów lat „indukcyjnego” oddziaływania obiektów astronomicznych znajdujących się w wiecznym ruchu. Oznaczałoby to, że w każdym momencie naszego istnienia na nasz mózg działały (i działają) siły, pod różnym katem w stosunku do podstawowej siły ciążenia. W efekcie kszatłt naszej kory uzyskał bardzo skomplikowaną, pofałdowaną formę. Przekrój poprzeczny mózgu wygląda nastepująco: Indukcja grawitacyjna proporcjonalna jest do natężenia pola grawimagnetycznego, oraz do względnej prędkości masy mózgu względem innych obiektów masowych wywołujących tą indukcję. * * * Hipotezy ciąg dalszy ... Powstawanie myśli związane jest z ruchem materii mózgu w zmiennym polu grawitacyjnym Wszechświata. Oczywiście największy wpływ na powstawanie indukcji grawitacyjnej (myśli) ma zmienne pole grawitacyjne pochodzące od najbliższych ciał niebieskich – Słońca, Księżyca i planet Układu Słonecznego. Mózg ludzki nigdy nie jest w spoczynku. A więc w każdym momencie powstają w nim myśli. Indukcja grawitacyjna powoduje minimalne ruchy materii, które można określić jako mikrowibracje. W każdym momencie w każdej materii występują mikrowibracje. Te mikrowibracje generują, lub są tożsame z naszymi myślami. Periodyczność ruchu ciał niebieskich wpływa na język, którym myślimy, a potem mówimy i piszemy. W alfabecie krajów półkuli zachodniej mamy około 30 liter – tyle ile jest mniej więcej zmiennych położeń Księżyca wokół Ziemi w ciągu jednego miesiąca. Pierwotnie, mózg zbudowany z jednej bryły, potrafił generować jedynie pojedyncze głoski. Mózg zbudowany z dwóch półkul potrafi generować dwie głoski jednocześnie. Mózg pofałdowany (jak na rysunku powyżej) potrafi generować słowa o różnej długości głosek. W każdej półkuli możemy wyodrębnić dwa (połączone ze sobą) obszary. Jest ich w sumie 4 – dając w ten sposób możliwość generowania słów do 4 głosek. Dalszy podział każdej z półkul wskazuje na istnienie około 7 wypustek głównych i kilkunastu wypustek mniejszych. Poprzez mikrowibracje wywołane indukcją grawitacyjną nasz mózg może w ten sposób generować słowa o różnej liczbie głosek. Analizując rozkład słów pisanych według ich długości, maksimum, czyli największą liczbę słów uzyskujemy przy długości 6, 7, 8. maksymalne długości słów to około 16, 17, 18. Przykład: rozkład słów w utworze „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza. Podobny rozkład mają wszystkie dzieła literackie napisane przez człowieka w kulturze zachodniej (tzn. Rozkład ten jest niezależny od języka). Wszystkie języki świata, poza nielicznymi wyjątkami składają się ze spółgłosek i samogłosek. W drodze ewolucji budowa mózgu ulegała stopniowej modyfikacji – od prostej jednobryłowej, gładkiej formy występującej u gadów i płazów, po mózg ssaków, zbudowany z dwóch półkul z licznymi pofałdowaniami. W ten sposób nastąpiło dostosowanie naszego mózgu do możliwości odczytywania różnych kombinacji pól grawitacyjnych indukujących (tworzących) w naszych myślach słowa o różnej długości. * * * Rozbudowany system neuronów w mózgu służy do odczytywania i wzmacniania indukowanych sygnałów, tak by przekształcić je w świadomy ruch naszego ciała - w postaci mowy, pisania, dowolnego ruchu. To dzięki tak rozbudowanemu systemowi neuronów, których w mózgu człowieka jest kilkadziesiąt miliardów, każda mikrowibracja – a więc każda myśl – może być przełożona na działanie. Hipotezy ciąg dalszy ... nastąpi.

czwartek, 9 grudnia 2010

Co to jest słowo?

Słowa bywają różne. Każdy z nas zna ich tysiące. I każde z tych słów ma czasami kilka znaczeń. To kim jesteśmy można zawrzeć w zbiorze słów które potrafimy użyć. To właśnie poprzez słowa poznajemy i rozumiemy świat. Oprócz powszechnego pojmowania słów, mogą one przybierać także inne formy: dla tego co nie słyszy słowem będzie dotyk, dlatego co nie mówi gestykulacja, dla malarza paleta barw, a dla muzyka – dźwięki itd. Zawszeinteresowały mnie słowa i ich związek z otaczającym nas światem. Kilkadziesiąt już lat spędziłem na dociekaniach czym one są i jakie są prawa nimi rządzące. A ponieważ jestem fizykiem – szukałem ich związku z ogólnymi prawami przyrody. Najpierw dokonałem podziału słów na trzy kategorie: Słowa pisane – to te, które w postaci znaków właściwych danemu językowi zapisujemy na papierze (ostatnio co raz częściej w komputerze). Słowa mówione – to te, które wypowiadamy używając organu mowy,oraz Słowa myślane – to te, które powstają w naszej głowie. Pomiędzy tymi kategoriami istnieją istotne różnice. Słowa pisane, są inne niż słowa mówione.Słowa myślane nie zawsze są tymi które wypowiadamy. Zanim coś napiszemy, w naszych myślach trwa kreacja słów, czasami całkiem odmiennych od tego co zostanie przelane na papier ... Jakie są więc słowa?Z czego wynikają? Czemu służą? Panuje powszechny pogląd, że słowa są narzędziem,które w drodze ewolucji, zaadaptował człowiek aby lepiej komunikować się ze światem zewnętrznym. I nie można temu zaprzeczyć ... Nie wyjaśnia to jednak, wciąż enigmatycznej roli słowa w naszym myśleniu. Neurolodzy poszukują odpowiedzi na to zagadnienie, badając aktywność określonych obszarów mózgu i wiążąc proces myślenia ze skomplikowanym systemem powiązań setki tysięcy neuronów. Tak jak w komputerze, gdzie zminiaturyzowany procesor wykonuje miliony operacji w systemie rozstrzygnięć 0– nie, 1 – tak. Myślenie musi mieć jednak inną naturę, wymykającą się mechanistycznym i informatycznym schematom. Po pierwsze myślenie jest holistyczne, tzn. nie myślimy fragmentem siebie ale naszą całością. I chociaż powszechny jest redukcjonizm w myśleniu starający się rozłożyć każde obserwowane przez nas zjawisko na czynniki pierwsze, to jednak pojmowanie tego co rozumiemy jest procesem całościowym,obejmującym całą naszą wiedzę. I wtedy pojawiła się taka wizja ... „ ... Rozmawiamy z każdą rzeczą, która na tym świecie jest. Tylko język tej rozmowy jest różny.Spójrz na gałązkę drzewa, na jej powyginane w różne strony kształty – to jest właśnie jej słowo, jej zdanie, jej sposób rozmawiania z nami. I wcale niemartwy, bo ruch wiatru ciągle ją zmienia, zmieniając w ten sposób jej przekaz. Za każdym razem gałązka opowiada o czymś innym ... Największymi rozmówcami gałązki są Słońce, Ziemia, Księżyc, planety inne i gwiazdy ... Słowa pochodzące od Słońca to słowa wzrostu, rozwoju – ciągną gałązkę ku górze. Słowa pochodzące od Ziemi, skłaniają gałązkę do upadku i ostatecznej śmierci jej kształtu. Księżyc oświetla gałązkę blaskiem – to wtedy poeci piszą o niej wiersze ...” Najpiękniejsze są słowa proste, takie jakie znajduję w marzeniach i poezji ... Bo ja jestem zbiorem słów. Bo ja jestem .... vortaro.

Niepoznawalny świat kwantów

Przełom XIX wieku ... Fizyka jest jedną z najbardziej kompletnych nauk ścisłych. Istnieje jedynie kilka słabo zbadanych problemów, których rozwiązanie spodziewa się wkrótce otrzymać, jakkolwiek nie przypuszcza się, by te rezultaty miały znaczący wpływ na fizyczny obraz świata. Jednym z takich problemów jest wyjaśnienie rozkładu promieniowania ciała doskonale czarnego.Aby wyjaśnić przebieg tego zjawiska, Max Planck w 1900 roku, wprowadza pojęcie kwantu. I w ten sposób ciągłość zjawisk typowa dla obiektów makroskopowych, w świecie mikro zostaje zastąpiona porcjami energii. W 1927 roku, Werner Heisenberg formułuje zasadę nieoznaczoności. Zasada nieoznaczoności mówi, że pomiar jednej wielkości np. położenia elektronu wpływa na ten elektron tak, że część informacji o drugiej wielkości np. o pędzie elektronu jest tracona. Zasada nieoznaczoności nie wynika z niedoskonałości metod ani instrumentów pomiaru, lecz z samej natury rzeczywistości ... Inny wielki fizyk Max Born dopełnia dzieła pod koniec lat 20., podając probabilistyczną interpretację zasady nieoznaczoności oraz teorii kwantów. W odróżnieniu od mechaniki klasycznej, która jednoznacznie potrafi opisać ruch i położenie obiektów makro, mechanika kwantowa – w świecie mikro - pozwala jedynie wyznaczyć prawdopodobieństwo wystąpienia pewnych wartości położenia i ruchu ... Wczoraj ... Dlaczego nie możemy zobaczyć elektronu? Ma on masę, ładunek, a jednak jest dla nas niewidoczny. Co więcej nieuchwytny – mówi o tym zasada nieoznaczoności.W interpretacji Borna jawi się on jako rozmyta gausowska krzywa rozkładu prawdopodobieństwa. Według Teorii Słowa elektron jest zbiorem słów oraz ich kombinacji. Dlatego elektronu nie możemy zobaczyć a jedynie go opisać słowem bardziej lub mniej prawdopodobnym. Jeśli zbadamy rozkład słów dowolnego dzieła literackiego (prozy, poezji), otrzymamy podobny rozkład. Wykres poniżej przedstawia typowy rozkład względem długości słów. Jeżeli istnieje zbieżność, to każdy elektron, jak również każda inna cząstka mikroświata jest jakąś powieścią, opowiadaniem, wierszem, których urywki odczytujemy w postaci przelotnych myśli ... Czasami potrafimy odczytać całość ukrytej informacji i przelać ją na papier .... tak powstają książki i wszystkie inne dzieła literackie, również muzyka i każdy inny przejaw działalności twórczej. Tak powstaje także matematyka. Odczytujemy po prostu to, co kiedyś dokonał "Bóg", przekształcając słowa w materię. Bo jeśli kiedyś słowo stało się ciałem, to musi istnieć również proces odwrotny – przekształcania ciała w słowa. Bo zaprawdę powiadam wam W każdej materii ukryte są myśli ...

niedziela, 5 grudnia 2010

Wariacje grawitacji

http://fizyka.org/?artykul,28 Wystrzelone 33 lata temu sondy kosmiczne Pioneer lecą niezupełnie tak, jak przewidywano. Czyżby ujawniło się nieznane dotąd oblicze grawitacji? Data 2 marca 1972 r. była jedną z najważniejszych w dziejach podboju kosmosu. Wtedy to na szczycie potężnej rakiety Atlas Centaur wyniesiony został w kosmos próbnik Pioneer 10 – pierwsze dzieło ludzkich rąk, które miało opuścić granice Układu Słonecznego, by po dwóch milionach lat lotu dotrzeć w okolicę gwiazdy w gwiazdozbiorze Byka. Trzy miesiące później w jego ślady poleciał Pioneer 11, którego ostatecznym celem, po czterech milionach lat lotu, miał być gwiazdozbiór Orła. Do obu sond przymocowano plakietki przedstawiające mężczyznę i kobietę na tle rysunku próbnika, które miały wskazać obcym, że twórcą próbników jest cywilizacja zamieszkująca trzecią planetę Układu Słonecznego. Jednak nie kontakt z obcymi czy pierwszy w dziejach ludzkości lot do gwiazd były zasadniczym celem misji Pioneerów. W grudniu 1973 r. jedna z sond minęła w odległości nieco ponad 100 tys. km Jowisza, największą planetę Układu Słonecznego. Wykonała wtedy znakomitej jakości zdjęcia oraz badania, które dowiodły, że powierzchnią tej planety jest wielki ocean. Pioneer 11 zbliżył się do Jowisza na niewiele ponad 40 tys. km (na takiej wysokości nad Ziemią krążą tzw. satelity geostacjonarne będące podstawą globalnych systemów łączności i telewizji nadawanej z orbity), a potem poleciał na spotkanie z następną planetą, Saturnem, fotografując jego powierzchnię, pierścienie i księżyce. Oba Pioneery przesyłały na Ziemię dane przez wiele kolejnych lat, eksplorując zewnętrzne obszary Układu Słonecznego. Pioneer 11 zamilkł we wrześniu 1995 r., zaś ostatni kontakt z Pioneerem 10 miał miejsce w kwietniu 2002 r. W chwili wysyłania ostatnich sygnałów oba próbniki znajdowały się w odległości od Słońca osiemdziesięciokrotnie większej niż Ziemia, kilkakrotnie dalej niż Pluton. I właśnie ta odległość oraz długi okres sprawności urządzeń nawigacyjnych pozwoliły uczonym dokonać sensacyjnej obserwacji: Pioneery nie były tam, gdzie być powinny zgodnie z prawami rządzącymi przyrodą, według naszej obecnej wiedzy. Trajektoria obu sond odchyliła się od przewidzianej teoretycznie o kilkaset tysięcy kilometrów. Co więcej – okazało się, że przyczyną tego odchylenia jest nieznana dotychczas, skierowana ku Słońcu, niewielka stała siła. Na początku lat osiemdziesiątych John Andersen, fizyk z Jet Propulsion Laboratory, pierwszy zwrócił uwagę na dziwne zachowanie Pioneerów. Analizując dane nadchodzące z obu sond Andersen zauważył, że z torami ich lotu jest coś nie w porządku: Pioneery leciały coraz wolniej. Początkowo przyjął najbardziej prawdopodobną hipotezę: możliwą przyczyną odchylenia od przewidywanej trajektorii jest błąd w rachunkach, nieuwzględnienie wpływu planet, a może samo funkcjonowanie zainstalowanych na ich pokładzie urządzeń? Trwające wiele kolejnych lat analizy pokazały jednak, że wszystkie te przypuszczenia są błędne. Obliczenia powtórzono wielokrotnie, analizowano różnorakie możliwości, jak efekty spowodowane rozgrzewaniem baterii jądrowej zasilającej próbniki czy ciśnienie wywierane na sondy przez odbierane i wysyłane sygnały radiowe, ale żadna z nich nie mogła być odpowiedzialna za zmianę trajektorii. Po ponad dwudziestu latach żmudnej pracy w 2002 r. Andersen z paroma współpracownikami opublikował wyniki swoich badań w jednym z najbardziej prestiżowych periodyków fizycznych „The Physical Review”. Chociaż wciąż oficjalnie głównym podejrzanym jest niezauważony efekt związany z działaniem urządzeń pokładowych, przesłanie artykułu jest proste: anomalne zachowanie Pioneerów wydaje się świadczyć, że coś dziwnego dzieje się z grawitacją! Siła grawitacji jest najlepiej znaną z codziennego doświadczenia i jednocześnie najbardziej tajemniczą ze wszystkich sił, które obserwujemy w przyrodzie. W XVII w. Isaac Newton zapisał się na zawsze w historii nauki, wyjaśniając, że przyczyną spadania jabłka i ruchu Ziemi dookoła Słońca jest ta sama siła grawitacji. Trzy wieki później Albert Einstein zrozumiał, tworząc tym samym podwaliny współczesnej astrofizyki i kosmologii, że grawitacji odpowiada zakrzywienie przestrzeni i czasu. Ale obie te wielkie teorie, Newtona i Einsteina, stają się wobec anomalii lotu Pioneerów zupełnie bezradne. Coraz więcej fizyków skłonnych jest sądzić, że te anomalie są przejawem istnienia nowego, nieznanego oblicza grawitacji. Skłania ich do tego poglądu również fakt istnienia podobnego, niewytłumaczonego efektu już nie w świecie próbników kosmicznych, ale w znacznie większej skali: galaktyk i całego kosmosu. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Andersen zaczął analizować dane spływające z Pioneerów, izraelski astrofizyk Mordehai Milgrom zainteresował się obserwowanym ruchem gwiazd na peryferiach odległych galaktyk. Ku jego zdziwieniu okazało się, że również gwiazdy te poruszają się w sposób przeczący przewidywaniom teorii grawitacji: ruch ten charakteryzuje się określoną skalą przyspieszenia o wartości bardzo podobnej do anomalnego przyspieszenia Pioneerów. Żeby było jeszcze ciekawiej, w ostatnich latach okazało się, iż cały nasz Wszechświat rozszerza się coraz szybciej. I znów wartość tego przyspieszenia jest mniej więcej taka, jak anomalne przyspieszenie Pioneerów. Mamy więc do czynienia z pojawieniem się podobnego efektu przyspieszania w trzech sytuacjach: na obrzeżach Układu Słonecznego, przyspieszenia galaktyk i Wszechświata; wtedy, gdy siła newtonowskiej czy też einsteinowskiej grawitacji staje się bardzo słaba. Czy może to być dziełem przypadku? Trudno w to uwierzyć! A jednak okazuje się, że znalezienie teorii, która byłaby w stanie opisać te zjawiska, jest niezwykle trudne. W ostatnich latach zaproponowano wiele modyfikacji teorii grawitacji, żadna z nich jednak nie okazała się w pełni satysfakcjonująca. Tajemnicze przyspieszenie Pioneerów nadal stanowi dla fizyków nierozwiązaną zagadkę. A może anomalii Pioneerów po prostu nie ma? W końcu zaobserwowano ją tylko w kilku przypadkach. Aby się o tym przekonać, należałoby sprawdzić, czy anomalne przyspieszenie dotyczy również innych ciał niebieskich naszego Układu Słonecznego. Nie jest to jednak proste. I choć może wydawać się dziwne, to po kilku tysiącleciach istnienia astronomii nie znamy torów planet zewnętrznych (dla których efekt anomalnego przyspieszenia mógłby mieć miejsce) wystarczająco dokładnie, by przeprowadzać rozstrzygające testy. Z kolei na tor lotu komet wpływ ma tak wiele zjawisk fizycznych, zachodzących we wnętrzu i otoczeniu ich jąder, że precyzyjne pomiary są prawie niemożliwe. Pozostają planetoidy, ale ich obserwacja ze względu na małe rozmiary jest niezwykle trudna. Trzeba więc powtórzyć misję Pioneerów używając małych sond, których jedynym zadaniem byłby lot poza granice Układu Słonecznego i przekazywanie na Ziemię bardzo dokładnych danych o swoim położeniu. Projekty takich misji rozważane są poważnie przez Europejską Agencję Kosmiczną i NASA. Ponieważ jednak przyjmuje się, że następne Pioneery powinny cechować się około tysiąckrotnie większą dokładnością pomiarów, nie można zapewne spodziewać się rozpoczęcia ich misji przed rokiem 2010, a pierwszych wyników przed 2015 r. Wielokrotnie w dziejach nauki okazywało się, że początkiem wielkich, przełomowych odkryć były przypadkowe obserwacje. Jeśli więc anomalia Pioneerów naprawdę istnieje i zostanie to dowiedzione, będzie to kolejne potwierdzenie starej prawdy, że niezależnie od aktualnego stanu naszej wiedzy przyroda w każdej chwili może nas zaskoczyć. (Prof. dr hab. Jerzy Kowalski-Glikman, UWr, na podstawie "Polityki")

Kosmiczna anomalia na wyciągnięcie ręki

http://swiat-jaktodziala.blog.onet.pl/Kosmiczna-anomalia-na-wyciagni,2,ID338828492,n Sondy kosmiczne z niewyjaśnionych przyczyn przyspieszają, przelatując obok Ziemi – alarmują naukowcy z Jet Propulsion Laboratory w Kalifornii. Nieznana anomalia grawitacyjna jest prawdopodobnie związana z ruchem obrotowym naszej planety. W latach 1990-2005 wysyłaliśmy sondy na Jowisza, Saturna i Merkurego, do planetoidy Eros i do jednej z komet. Każda z tych misji miała trajektorię lotu wyznaczoną tak, aby sonda przeleciała przynajmniej raz w sąsiedztwie Ziemi. Wszystko po to, by wykorzystać pole grawitacyjne naszej planety do nakierowania statku kosmicznego na cel. W roku 1998 nawigatorzy misji NEAR na Erosa zauważyli, że mijająca Ziemię sonda nieco przyspieszyła. W ośrodku kontroli lotu Jet Propulsion Laboratory nie powzięto jeszcze wówczas podejrzeń. Błędy w pomiarze przecież się zdarzają. Jednak drugi podobny przypadek odnotowali 8 lat później nawigatorzy europejskiej misji Rosetta, zmierzającej ku komecie 67P/Churyumov-Gerasimenko. Kalifornijscy naukowcy postanowili przyjrzeć się bliżej temu zbiegowi okoliczności. Jeszcze raz przeanalizowali dane z lotów trzech innych sond: Cassini (na Saturna), MESSENGERa (na Merkurego) i dwóch przelotów Galileo (na Jowisza). Okazało się, że każdy z tych statków kosmicznych mijając Ziemię przyspiesza o kilka-kilkanaście milimetrów na sekundę. Biorąc pod uwagę, że sonda leci z prędkością 30 kilometrów na sekundę, może się to wydawać szukaniem dziury w całym. Lecz planowanie lotów w kosmicznej pustce jest możliwe z dokładnością co do milimetra. Zwłaszcza otoczenie Ziemi mamy bardzo dokładnie zbadane przez sztuczne satelity i niewiele potrafi nas tu zaskoczyć. W tak idealnie wysprzątanym laboratorium nawet bardzo małe odstępstwa od normy są niepokojące. Sonda nie włącza żadnych silników. Pole grawitacyjne Ziemi zmienia się na skutek pływów oceanów i pływów materiału skalnego wewnątrz planety - jednak zbyt słabo, by wywrzeć taki efekt. Naukowcy wykluczyli też możliwość, że to pole magnetyczne Ziemi mogłoby dodatkowo napędzić statek. Wzięto pod uwagę nawet tak wyrafinowane przyczyny, jak popychanie sondy przez wiatr słoneczny (lekkie cząstki wydmuchiwane przez Słońce) lub przez... światło odbite od Ziemi. To również niczego nie wyjaśniło. Badacze zauważyli, że przyspieszanie sond zależy od szerokości geograficznej, nad którą przelatują. Wraz z ową szerokością zmienia się prędkość obrotu Ziemi. A więc anomalia ma jakiś związek z obracaniem się naszej planety. Podejrzenie padło na zjawisko przewidziane przez Ogólną Teorię Względności – obracająca się masa „zawija” czasoprzestrzeń, sprawiając, że obiekty w pobliżu nieco się przesuwają. Lecz nawet ten efekt byłby za słaby. Tymczasem naukowcy planują kolejne badania – nad lotem sond mijających Marsa. Sonda Rosetta przeleciała nad tą planetą rok temu. Teraz trzeba przeanalizować zapisy instrumentów śledzących ją z Ziemi. Być może mamy na wyciągnięcie ręki zupełnie nowe odkrycie dotyczące natury grawitacji.

piątek, 3 grudnia 2010

„Granice mojego języka są granicami mojego świata”

http://www.sciaga.pl/tekst/121272-122-moje-rozwazania-o-kulturotworczej-i-poznawczej-funkcji-jezyka-inspirowane „Granice mojego języka są granicami mojego świata” (Ludwig Wittgenstein) Cytat zaczerpnięty z „Traktatu logiczno-filozoficznego” tego austriackiego filozofa mógłby z pewnością posłużyć za motto wszelkich badań nad funkcjami współczesnego języka. Wystarczy zastanowić się nad jakże oczywistym pytaniem: czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie istnienie przedmiotu, którego nie potrafimy zdefiniować i nazwać?! Oczywiście, że nie, bo w dzisiejszej dobie szybko rozwijającej się nauki, taki twór nie ma racji bytu. Wszystko co nas otacza jest dokładnie zbadane i opisane, dlatego Podobna praca 75% Sposób w jaki traktujemy język polski - przemówienie nie ma miejsca na jakiekolwiek niejasności. Kasia0416

Ucho po północnej stronie

http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/newsweek_nauka/ucho-po-polnocnej-stronie,64857,1 Polak rozumie świat inaczej niż Anglik czy Chińczyk. To sprawka nie tylko kultury czy historii, ale również naszej polszczyzny. To nie przypadek, że Anglicy są mistrzami w chronieniu prywatności, Polacy słyną z uczuciowości, a Japończycy – z szacunku dla innych. Jak wynika z najnowszych badań psycho-lingwistów, specyficzne cechy charakteryzujące w mniejszym lub większym stopniu całe narody wcale nie wynikają z różnic kulturowych, historii czy obyczajów. Ich podłożem jest ojczysty język – struktura, gramatyka i zasób słownictwa. Jak dowodzi dr Guy Deutscher w najnowszej książce „Through the Language Glass. How Words Colour Your World”, język, którym mówimy, rzeźbi w naszym mózgu określone schematy myślenia i oceny rzeczywistości. Dlatego Hiszpanom słowo „most” kojarzy się z siłą, a Niemcom z elegancją. W lingwistyce najwięcej nieporozumień generują sprawy damsko-męskie. Najłatwiej w tej kwestii mają Anglicy. Każdy, kto zetknął się z ich językiem, wie, jak czasami jednakowa forma dla rodzaju żeńskiego i męskiego ułatwia życie, sprzyjając zachowaniu prywatności. Anglik mówi: „I have a dinner with my neighbour” i nie musi się tłumaczyć, czy będzie jadł kolację z mężczyzną, czy z kobietą. Polacy mają gorzej – gramatyka naszego języka zmusza nas do ujawnienia płci towarzysza. Język angielski to jednak na Starym Kontynencie wyjątek. Większość europejskich języków jest bardziej jednoznaczna. Nie tylko ludzie, ale także rzeczy i zjawiska mają w nich płeć – rodzaj męski, żeński lub nijaki. Jak twierdzi w książce dr Deutscher, rodzaj gramatyczny przedmiotu w zasadniczy sposób wpływa na nasze wyobrażenia. Przykładów można znaleźć bez liku. W języku polskim śmierć ma rodzaj żeński, więc Polacy wyobrażają ją sobie jako kobietę – starą, długowłosą, z kosą w ręku, dla Niemców jest mężczyzną (der Tod), a dla Anglików, w których języku w ogóle nie ma rodzajów, bezosobowym szkieletem w kapturze. Podobnie jest w przypadku rodzaju przedmiotów. Prof. Lera Boroditsky ze Stanford University przeprowadziła badania Niemców i Hiszpanów, w których językach wiele rzeczy ma przeciwstawny rodzaj, na przykład most jest rodzaju żeńskiego w niemieckim, ale męskiego w hiszpańskim, podobnie jak skrzypce, dom czy gazeta. I odwrotnie – w niemieckim męskie są: jabłko, krzesło, motyl czy deszcz, podczas gdy w hiszpańskim te słowa są rodzaju żeńskiego. Zarówno Hiszpanie, jak i Niemcy przedmiotom mającym w ich języku rodzaj męski przypisują męskie cechy, jak siła czy stabilność, a żeńskie przedmioty kojarzą im się z elegancją i smukłością. Te zależności ujawniły się w jaskrawy sposób, kiedy prof. Boroditsky poprosiła Niemców i Hiszpanów o opisanie zwykłego klucza. Dla Niemców klucz jest rodzaju męskiego, więc opisywali go jako przedmiot twardy, ciężki, metalowy. W hiszpańskim klucz ma rodzaj żeński i dlatego Hiszpanom jako jego określenia najbardziej pasowały słowa: złota, misterna, mała. Kiedy zaś na południu Francji w 2004 roku otwarto najwyższy na świecie most autostradowy Viaduct de Millau, niemieckie gazety pisały o nim: „płynąca nad chmurami”, „zapierająca dech piękność”, a francuskie: „ogromny betonowy gigant”. Nasze przywiązanie do rodzaju rzeczy widać również w doborze aktorów podkładających głosy w filmach rysunkowych. Kiedy występują w nim przedmioty, na przykład mówiący widelec czy śpiewające auto, dubbing różni się w zależności od języka. Na przykład widelec, który ma rodzaj żeński w języku francuskim, będzie we francuskim dubbingu grany przez kobietę, a w polskim będzie głosem męskim (a przynajmniej, jak twierdzi dr Deutscher, takie są preferencje małych i dużych widzów). To rodzajowe pomieszanie z poplątaniem nie jest jedynym źródłem problemów w międzynarodowej komunikacji. Bywa również, że słowa wprost niezbędne w jednym języku, w innym zwyczajnie nie istnieją. Weźmy chociażby polskie słowo „serdeczność”. Prof. Anna Wierzbicka z The Australian National University w Canberze, badająca różnice między językiem polskim a angielskim, zwróciła uwagę, że słowo to, przez Polaków bardzo często stosowane do opisywania bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem, w języku angielskim w ogóle nie ma odpowiednika. – Być może fakt, że język angielski nie ma jednego słowa, które precyzyjnie opisywałoby to, co my nazywamy serdecznością, ale jest bogatszy w opisywaniu różnych rodzajów uprzejmości, sprawił, że Polacy i Anglosasi zupełnie inaczej myślą o relacjach międzyludzkich. I rzeczywiście, użytkownicy języka angielskiego są na ogół bardzo uprzejmi, co my odczytujemy jako serdeczność i dowód, że jesteśmy obdarzeni przez nich specjalnymi uczuciami – mówi dr Zofia Wodniecka-Chlipalska z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Gdy odpłacimy im naszą serdecznością, mogą to źle odebrać, obawiając się nadmiernego spoufalania i nieuszanowania dystansu właściwego ich kulturze. Możliwe też, że ten angielski dystans oraz polska uczuciowość mają swoje źródło w tym, jak w naszych językach funkcjonuje słowo „przyjaźń”. Dla Anglika „friend” to niemal każdy – kolega, przyjaciel, dziewczyna. Polak na określenie każdej z tych relacji ma zupełnie inne słowo. – W języku polskim słowo „przyjaciel” zarezerwowane jest dla naprawdę bliskich kontaktów, kiedy więc już nazwiemy kogoś przyjacielem, łatwiej nam budować tę bliskość. To słowo więcej dla nas znaczy, a z tym mogą być związane głębsze uczucia – mówi dr Wodniecka-Chlipalska. Anglicy, dla których słowo „friend” ma o wiele płytsze znaczenie, mają inną korzyść – mogą się zdystansować i w każdej chwili wycofać z kontaktu z takim nieprawdziwym przyjacielem. Polacy w inny sposób niż Anglicy nazywają kolory, zwłaszcza różne odcienie niebieskiego. W języku polskim i innych językach słowiańskich wyróżniamy kolor niebieski i granatowy, dla Anglików zaś to tylko odcienie jednego koloru określane w tym języku jako light blue i dark blue. W 2008 roku zespół naukowców ze Stanford University postanowił sprawdzić, czy odmienny sposób nazywania niebieskiego powoduje inne postrzeganie tego koloru. Badacze pokazywali specjalne diagramy z różnymi kolorami Anglikom i Rosjanom, którzy podobnie jak Polacy mają inne nazwy dla ciemnego i jasnego niebieskiego. Okazało się, że Rosjanie nazywali kolory niebieski i granatowy (pokazywane w różnych konfiguracjach i odcieniach) szybciej niż Anglicy. Czas reakcji w ich mózgu skrócił się dzięki temu, że mieli w swoim słowniku dwa różne słowa na te kolory. Jak uważają badacze, świadczy to o tym, że im więcej mamy nazw na różne kolory, tym jesteśmy na nie wrażliwsi i łatwiej nam dostrzec niuanse kolorystyczne. Jednak brak pewnych słów w języku nie musi wcale oznaczać, że jest on uboższy. Przeciwnie, może stanowić impuls do rozwinięcia zupełnie niezwykłych umiejętności. Tak stało się u niektórych plemion Aborygenów, między innymi opisywanych przez dr. Deutschera przedstawicieli plemienia Guugu Yimithirr, którzy w swoim języku mają zupełnie niespotykane sposoby na określenie położenia w przestrzeni. Nie mają oni w ogóle w swoim języku takich słów jak: na lewo, na prawo, przede mną czy za tobą. Posługują się wyłącznie nazwami stron świata. My, Europejczycy, używamy sposobu nazwanego przez dr. Deutschera egocentrycznym, czyli takim, dla którego punktem odniesienia jest położenie naszego ciała w przestrzeni. Dla nas rzeczy są na prawo lub na lewo od nas. Mówimy: „gwóźdź leży na prawo od mojej nogi”. Aborygeni powiedzą zaś: „gwóźdź leży na północ od mojej nogi”. Ten sposób określania miejsca w przestrzeni Deutscher nazwał geograficznym. Dokładne badania społeczności Guu- gu Yimithirr, przedstawione w książce dr. Deutschera, dowiodły, że ludzie posługujący się w mowie kryteriami geograficznymi wykształcili niezwykły zmysł orientacji, jakby mieli wbudowany w głowę kompas, który pozwala bez względu na porę dnia czy widoczność precyzyjnie określić, gdzie jest wschód, a gdzie zachód, północ i południe. Oprócz zorientowania w przestrzeni ten specyficzny sposób myślenia o pozycji w przestrzeni daje im zupełnie inny pogląd na swoje miejsce w świecie. – O ile my stawiamy się w centrum świata, to Guugu Yimithirr określa siebie jako punkt w uporządkowanej przestrzeni, jakby człowiek był z powietrza, a jego egzystencja nieważna – przekonuje Deutscher. Wpływ na nasze myślenie może mieć nie tylko obecność lub brak pewnych słów w języku, ale także rządzące nim reguły gramatyczne. Doskonale widać to na przykładzie języków Dalekiego Wschodu, o czym przekonuje w swojej książce „Geografia myślenia” prof. Richard E. Nisbett z University of Michigan. Z wielu badań porównujących języki Wschodu i Zachodu wynika, że struktura języków indoeuropejskich bazuje na klasyfikowaniu obiektów, czyli nazywaniu rzeczy i przypisywaniu ich do określonych grup tematycznych, a języki wschodnie każą przede wszystkim precyzować relacje łączące określone obiekty. Jak dowodzi prof. Nisbett, dzieje się tak dlatego, że w językach azjatyckich dominującą rolę odgrywają czasowniki (a nie rzeczowniki, jak w językach Zachodu), i to one każą Azjatom zajmować się nie nazwami rzeczy, ale relacją, która je łączy. W języku chińskim czy japońskim czasowniki znajdują się zazwyczaj na początku zdania, w językach europejskich schowane są w środku wypowiedzi, a na plan pierwszy wybija się podmiot, czyli rzeczownik. Jak zasadnicza jest to różnica i jak bardzo wpływa na widzenie świata, pokazał eksperyment chińskiego psychologa rozwojowego Liang-hwanga Chiu. Uczony pokazywał amerykańskim i chińskim dzieciom obrazek, na którym narysowane były trzy obiekty: na górze kura i trawa, na dole krowa. Dzieci miały za zadanie określić, do czego bardziej pasuje im krowa – do kury czy trawy. Większość amerykańskich dzieci bez wahania łączyła krowę z kurą, uznając, że należą one do jednej grupy obiektów, czyli do zwierząt. Natomiast chińskie dzieci zazwyczaj powiążą krowę z trawą, bo nicią łączącą te obiekty była nie wspólna grupa – zwierzęta, ale relacja – krowa je trawę. To odejście od ciągłego nazywania rzeczy i skupienie się na określaniu relacji sprawia, że Azjaci zupełnie inaczej niż Europejczycy postrzegają swoje miejsce w świecie i swoją siłę sprawczą. Dla ludzi Zachodu to „ja” wykonuje działanie, dla Azjatów działanie jest czymś, co podejmuje się w interakcji z innymi. Polak, widząc człowieka, któremu z rąk wypadł wazon, oznajmi: „On to upuścił”, a Japończyk (co ciekawe, również Hiszpan, jako jedyny przedstawiciel świata zachodniego) powie bezosobowo: „Upadło”. Taki sposób formułowania zdań ma ogromny wpływ na ocenę zdarzeń. Dzięki niemu Europejczycy mają zdecydowanie więcej skłonności do obwiniania innych niż Japończycy i łatwiej dostrzegają sprawców różnych wydarzeń. Wykazała to psycholog Caitlin Fausey ze Stanford University, która pokazała Hiszpanom, Anglikom i Japończykom serię filmików o tym, jak różne osoby z premedytacją lub niechcący rozbijają jajko, wylewają napój i przebijają balon. Okazało się, że po obejrzeniu filmu Japończycy i Hiszpanie, używający do opisywania zdarzeń form bezosobowych, nie zapamiętali, kto był winien tym wypadkom. Anglicy zaś potrafili wskazać winnych bezbłędnie, szczególnie kiedy sprawca działał przypadkowo. Te obserwacje nie wskazują jednak, czy to sposób myślenia ukształtował język, czy przeciwnie – to, jakim posługujemy się językiem, rzeźbi określone schematy myślenia w naszym mózgu. Pewnych dowodów na to, że siłą sprawczą kształtującą nasz sposób myślenia jest język, dostarczają badania lingwistyczne z udziałem osób dwujęzycznych. – Dzięki nim możemy przypuszczać, że osoby dwujęzyczne prezentują postawy i system wartości spójne z językiem, którym w danym momencie mówią, czyli dostosowują do niego swój sposób myślenia – twierdzi dr Wodniecka-Chlipalska. Jeden z takich eksperymentów przeprowadził prof. Nisbett. Poprosił osoby z Chin, Tajwanu i Singapuru z dwujęzycznością współrzędną (takie, które angielskiego nauczyły się później) lub dwujęzycznością złożoną (osoby od dzieciństwa posługujące się angielskim i chińskim w równym stopniu) o dopasowanie krowy do kury lub trawy. Okazało się, że w drugiej grupie uczestnicy reprezentowali bardziej zachodni typ myślenia niezależnie od tego, czy badanie było prowadzone po chińsku, czy po angielsku. Natomiast w grupie osób, które angielskiego nauczyły się później, różnica była wyraźna – kiedy badani rozwiązywali test po chińsku, dopasowywali krowę do trawy, a kiedy test był po angielsku, krowa zdecydowanie bardziej pasowała im do kury. Zdaniem prof. Nisbetta świadczy to o tym, że język kształtuje myślenie i w tym wypadku myślenie po angielsku było w stanie przełamać nawet silne uwarunkowania chińskiej kultury, z którą badani identyfikowali się na co dzień. Wygląda więc na to, że banalne stwierdzenie, iż przez naukę języków obcych poznajemy inne kultury, ma w sobie więcej prawdy, niż przypuszczaliśmy. Dziś możemy powiedzieć więcej – nauka nowego języka to nauka innego sposobu patrzenia na świat. I najskuteczniejszy klucz do jego zrozumienia. Katarzyna Burda

Język wpływa na myślenie? Hipoteza Sapira - Whorfa

http://www.focus.pl/dodane/publikacje/pokaz/publikacje/jezyk-wplywa-na-myslenie-hipoteza-sapira-whorfa-m-terlecka/nc/1/ Wstęp Hipoteza Sapira – Whorfa jest to teoria lingwistyczna, która powstała około 1930 roku, postulująca, że używany język wpływa w mniejszym lub większym stopniu na sposób myślenia. Hipoteza ta, inaczej nazywana jest hipotezą relatywizmu językowego. Główna nazwa wywodzi się od jej twórców- Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa. 1. Twórcy hipotezy Twórcami hipotezy względnego relatywizmu językowego są dwaj znani amerykańscy językoznawcy Edward Sapir i jego uczeń Beniamin Lee Whorf, który sformułował treść hipotezy. 1.1 Edward Sapir Edward Sapir (1884-1939) był słynnym językoznawcą i antropologiem amerykańskim. Jego najbardziej znanym i uznawanym dziełem jest: Kultura, język, osobowość. Doszedł do wniosku, że słownictwo, poziom narracji i gramatyka poszczególnych języków skłaniają, a nawet zmuszają osoby nimi mówiące do widzenia świata i myślenia o nim w specyficzny sposób. Język był dla niego aspektem kultury, uważał, że aby poznać kulturę trzeba najpierw poznać język, który w niej obowiązuje. Nie miał wątpliwości, że istnieje obiektywny świata, który jest odzwierciedlany przez język. Sapir starał się unikać skrajności Whorfa. Uważał, że „ ludzie nie żyją wyłącznie w świecie obiektywnym, ani też wyłącznie w świecie działań społecznych w zwykłym rozumieniu, lecz pozostają w dużej mierze na łasce języka, który stał się środkiem ekspresji w ich społeczeństwie. Iluzja jest wyobrażenie, że przystosowujemy się do rzeczywistości w zasadzie bez użycia języka. (…) Prawda wygląda tak, że cały „realny świat” jest w znacznej mierze zbudowany nieświadomie na zwyczajach językowych danej grupy.” 1.2 Benjamin Lee Whorf Beniamin Lee Whorf (1897-1941), był językoznawcą amerykańskim, uczniem Edwarda Sapira. Badał język, a przede wszystkim treść i sposób naszego myślenia. Jego najbardziej znanym dziełem jest: Język, myśl i rzeczywistość. Język był dla niego czymś więcej niż narzędziem do porozumiewania się – zawiera on determinuje on myślenie o świecie i sposób, w jaki go obserwujemy i poznajemy. Tym samym dwa różne języki to dwa różne obrazy świata i dwa odmienne sposoby myślenia. To właściwie on opracował wyżej wymienioną hipotezę o względności językowej. Inspiracją stało się dla niego stwierdzenie Sapira, iż „Nawyki danej społeczności wywierają istotny wpływ na organizację doświadczenia tej społeczności, przez co kształtują jej obraz świata” . Ciekawostką jest, że do badań w zakresie lingwistyki i sformułowania zasady względności językowej zainspirowały go przypadki nieporozumień językowych, na jakie napotkał podczas swej pracy jako inspektor ubezpieczeniowy. Whorf uważał, że świat jest tylko kalejdoskopem wrażeń, które mają być wytworzone przez nasz umysł, a raczej system językowy, jakim się posługujemy. Przedmiotem badań Whorfa są języki europejskie oraz wzorce poznawcze wypracowane na gruncie języków Indian amerykańskich z plemiona Nawaho i Hopi. Według Whorfa, kategorie takie jak „czas” i „przestrzeni” nie są ponadkulturowe, lecz stanowią część naszej gramatyki. Porównując języki europejskie z językami Indian, wywnioskował, że Europejczycy ujmują świat jako zbiór rzeczy, zaś w języku Indian plemienia Hopi świat to zbiór zdarzeń. U Indian Hopi źródło nie jest rzeczownikiem tylko jest czasownikiem, bo źródło się dzieje, już sam ten fakt pokazuje, że założenia Sapira dotyczące wpływu gramatyki na nasza wizję świata są poprawne. Za tym oczywiście idzie inne widzenie świata. 2. Treść hipotezy, badania i założenia Na Hipotezę Sapira – Whorfa składają się dwie idee. Pierwszą jest teza determinizmu językowego, która mówi, że poznanie determinowane jest przez wyznaczniki językowe. Drugą ideą jest teza relatywizmu językowego, która zakłada, że poznanie jest zrelatywizowane do poszczególnych języków charakteryzujących się wspólnym sposobem porządkowania kulturowego doświadczenia człowieka. Z klasycznych badań Sapira i Whorfa wynika, że różne języki są związane z różnym sposobem postrzegania świata. Może tu chodzić o percepcję np. podziału barw, prostoty i złożoności przedmiotów i relacji, upływu czasu. Zakładając fizjologiczną identyczność aparatów percepcyjnych u wszystkich ludzi, różnice te należy przypisywać kategoriom umysłowym rozwijającym się wraz z rodzimym językiem. Sapir i Whorf zajmowali się głównie językami rdzennych mieszkańców Ameryki. Odkryli oni, że europejskim pojęciom ogólnym odpowiadają w językach rdzennych mieszkańców Ameryki szeregi pojęć bardziej szczegółowych. Doszli do wniosku, że świadczy to o zasadniczo odmiennym od naszego sposobie myślenia ludów niecywilizowanych, oraz że dowodzi myślenia bardziej konkretnego, indywidualnego i prostego. Nasze myślenie jest zdeterminowane przez język. Ludy mówiące innymi językami mają po prostu inną od naszej wizję świata; ani gorszą, ani lepszą. Innymi słowy hipoteza Sapira – Whorfa stwierdza, że percepcja rzeczywistości i obraz świata zależą między innymi od struktury języka, jakim się posługujemy. Ludzie żyją w swoich kulturach w różnych światach mentalnych, które są odbiciem języków tych kultur. Z tego wynika, poznanie struktury danego języka może prowadzić do wyjaśnienia koncepcji świata, która mu towarzyszy. Podejście, które zaproponowali opiera się na przekonaniu, że nie można skutecznie badać języka bez zrozumienia i dogłębnego poznania danego środowiska kulturowego, w jakim ten język funkcjonuje, oraz, że zrozumienie kultury nie jest możliwe bez poznania obyczajów językowych danej społeczności. Aby odnieść zjawiska językowe do kultury, trzeba z kolei dysponować określonym i właściwym modelem danej kultury. Tu stanął przed naukowcami problem nie tylko natury merytorycznej, lecz przede wszystkim metodologiczny. Według Sapira i Whorfa problem ten można obejść, jeśli tylko założy się, że język jest modelem rzeczywistości kulturowej, a językoznawstwo stanowi model metody antropologii kulturowej. Hipoteza względności językowej Sapira-Whorfa głosi również, iż język wpływa na postrzeganie przez nas przedmiotów. Za przykład do zilustrowania tego sformułowania mogą posłużyć Eskimosi, którzy to, mając nieustanny kontakt ze śniegiem, w swoim języku posiadają znacznie więcej nazw śniegu, niż ludzie pochodzący z innych kręgów kulturowych. W hipotezie Sapira – Whorfa język i kultura mogą być traktowane nie tylko jako formy komunikacji, ale przede wszystkim jako systemy poznawcze, które pozwalają nam orientować się w otaczającym nas świecie, można tu postawić pytanie: W jaki sposób świat jest subiektywizowany za pośrednictwem języka?. Hipoteza ta jest, więc próbą określenia poznawczej funkcji języka. Tak, więc według tej hipotezy język nie jest środkiem wyrażenia myśli, lecz w nim myśl ta jest wytwarzana. Ważnym elementem hipotezy relatywizmu językowego jest mentalizm, zgodnie, z którym realnością tworów językowych w ostateczności są procesy psychiczne. Sapir i Whorf nie zgadzają się, że istnieją uniwersalne zasady myślenia. Nie ma też obiektywnej rzeczywistości, każdy, zgodnie z hipotezą Sapira-Whorfa, widzi świat przez pryzmat społeczeństwa, do, którego należy lub przez pryzmat swojego ja. 3. Dyskusja Założenie mówiące o tym, że język, jakim się posługujemy wpływa na widzenie świata i myślenie o nim, łatwo jest sprawdzić (tak zwany determinizm słaby). Relatywizm językowy zakłada, że nazywanie kolorów jest sprawą konwencji językowej oraz, że różnice kulturowe w nazywaniu kolorów powodują analogiczne różnice w ich postrzeganiu. Najbardziej znany test, wykonany został w 1954 r. przez dwóch badaczy Browna i Lenberga. Doświadczenie to przeprowadzone było na studentach niemieckich, amerykańskich i japońskich. (Język niemiecki i amerykański rozróżnia kolor niebieski i zielony, natomiast japoński ma jedna nazwę na te dwa kolory aoi.) Poległo ono na pokazywaniu użytkownikom 3 kolorów i pytaniu ich, które 2 kolory są bardziej podobne. Test pokazał, że wyniki silnie zależą od tego czy kolory te mają te same czy inne nazwy w danym języku. Japończycy, gdy wśród wielu kolorów kazano im odróżnić barwy zielona i niebieską często popełniali błędy, natomiast Niemcom i Amerykanom udawało się to bezbłędnie. Whorf miał rację twierdząc, że istnienie granicy kategorii leksykalnej między kolorami powoduje, że są one postrzegane jako mniej podobne. Trudno jest natomiast potwierdzić tezę mówiącą, że kategorie gramatyczne takie jak czas czy liczba mogą być znacznie ważniejsze w zrozumieniu języka niż słownictwo. Próbę taka podjął Alan Bloom w 1981 roku porównał rozumienie przez Amerykanów i Chińczyków konstrukcji warunkowych, – co by było gdyby. Uzyskane wyniki pokazały, że Amerykanie – prawie w 99% udzielali dobrych odpowiedzi, zaś Chińczycy – tylko w 50%. Wynika to z faktu, że w języku chińskim nie ma trybu warunkowego kontrafaktycznego. Potwierdzenie założenie Sapira i Whorfa, że to język determinuje myślenie (determinizm silny) jest również trudne do udowodnienia, nie ma na to dowodów bezpośrednich i wszystko wskazuje, że w jakimś stopniu myślenie jest niezależne od języka. Pewnym pośrednim dowodem na rzecz znaczącego udziału języka w myśleniu są zmiany językowe i znaczeniowe w prawie wszystkich grupach posługujących się wspólna ideologią. Obecnie o hipotezie Sapira-Whorfa naucza się raczej na kursach historii lingwistyki niż współczesnego językoznawstwa. W swojej pierwotnej postaci hipoteza ta została już dawno skutecznie zakwestionowana, jednakże jej zasadnicza przesłanka – określenie relacji między strukturą języka i obrazem rzeczywistości w umyśle ludzkim – pozostaje wciąż jednym z ważniejszych problemów humanistyki. Mimo różnych zastrzeżeń, hipoteza ta nie straciła wiele ze swej popularności wśród naukowców zajmujących się translatologią. Wielu z tych naukowców dostrzega wyjaśnienie, dlaczego dokładne tłumaczenie tekstów jest najczęściej niemożliwe. W językach obcych, zaliczanych do naszego kręgu kulturowego użycie zbliżonych konstrukcji semantycznych i gramatycznych często nie jest identyczne i nie będzie w danym języku zrozumiałe. Warto zauważyć, że w większości języków ( francuski, niemiecki czy włoski) forma grzecznościowa łączy się z użyciem liczby mnogiej (francuskie tu i Vous, niemieckie du i Sie, włoskie tu i Lei), natomiast w języku polskim czy czeskim takiego rozróżnienia nie zauważymy. Potwierdzeniem założenia Hipotezy, Sapira – Whorfa, że gramatyczne i znaczeniowe elementy języka wpływają na nasze postrzeganie świata, jest chociażby różnica wynikająca z porównania znaczenia zdań: Polskiego: „Panie Janku jak dobrze, że Pana widzę.” oraz angielskiego „Johny I’m glad to see you.” . W języku angielskim nie występuje połączenie „Mr Johny” – co w polskim jest używane, na co dzień „Panie Janku”, stwierdzenie angielskie nie jest w stanie pokazać nam stopnia zażyłości między bohaterami tego zdania – you, jest to zarówno Ty jak i Pan, więc w języku polskim będąc świadkiem takiego zwrotu od razu mamy wykształcony pewien obraz relacji między bohaterami tej sytuacji, natomiast w języku angielskim nie jest to jasne. Zajmując się odległymi językami, natkniemy się na większe problemy z tłumaczeniem np. fiński wyraz hän odpowiada polskim zaimkom on, ona, ono-, czyli brak jest kategorii rodzaju. Dla przeciętnego Polaka księżyc automatycznie jest uznawany za „mężczyznę” natomiast dla Hiszpana jest zaś zawsze kobietą. Różnica ta wynika z sugestii rodzaju gramatycznego: księżyc to rzeczownik rodzaju męskiego, la luna jest rodzaju żeńskiego. Widać tu wyraźnie, że hipoteza Sapira o tym, że słownictwo i gramatyka poszczególnych języków skłaniają, a nawet zmuszają osoby nimi mówiące do widzenia świata i myślenia o nim w specyficzny sposób jest jak najbardziej prawdziwa. Hipoteza relatywizmu językowego, przekonująca w formie, nigdy nie została zarówno 100% udowodniona, znalazła zarówno krytyków jak i zwolenników. Rozgłos uzyskała w Chicago w 1953 roku na konferencji na temat relacji języka i kultury. Głównym zagadnieniem odnoszącym się do tej hipotezy była możliwość jej obalenia lub udowodnienia, niestety uczestnikom konferencji nie udało się dojść do kompromisu w tej kwestii. Pojawiły się kontrowersje dotyczące skrajnego relatywizmu i tego czy poglądy głoszone przez ta hipotezę mogły należeć do Sapira. Tą kontrowersje tłumaczył Edwin Ardener: „Ja sam nieraz wskazywałem, że hipoteza, tak jak zwykle jest streszczana, nie zgadza się w istocie z poglądami Whorfa i, że zawarty w niej skrajny relatywizm był produktem interpretacji jego kolegów po fachu i jego własnej, czasem pochopnej frazeologii w poły popularnych pismach. Jest jeszcze bardziej zdumiewające, że Sapir musiał, jak to się stało, wziąć odpowiedzialność za to, co miało się okazać raczej kontrowersyjną tezą.” Po tej konferencji pojawiły się trzy znane teksty dotyczące hipotezy Sapira – Whorfa są to: Franklin Fearing: An Examination of the Conceptione Beniamin Whorf In the Light of Theories of Perception and Cognitition, Hary Hoijer: The Sapir – Whorf Hypothesis, Charles F. Hockett: Chinese versus English: An Exploration of the Whorfian Theses. Pierwszy z tych tekstów zajmuje się poglądami Whorfa na relacją pomiędzy językiem myśleniem. Franklin Fearing porównuje te poglądy z osiągnięciami gałęzi psychologii, które zajmują się związkami między zachowaniem symbolicznym, myśleniem oraz percepcją. Fearing poddaje w wątpliwość słuszność wszystkich założeń hipotezy relatywizmu językowego, jednak zauważa w niej pewne słuszności. Artykuł Charlesa F. Hocketa zajmuje się z kolei w pierwszej części klasyfikacja różnych punktów styczności języka i kultury. Druga cześć pracy poświęcona zlatała różnicom między językami chińskim i angielskim oraz próbom wzbogacenia teorii Sapira – Whorfa o wnioski z faktu istnienia tych różnic. Hocket jest zwolennikiem teorii opracowanej przez Sapira i Whorfa. Jedną z głównych przeciwnych koncepcji do Hipotezy Sapira – Whorfa jest koncepcja stworzona przez N. Chomsky’ego. Idea Chomsky’ego zakłada powiązanie między ludzką zdolnością posługiwania się językiem a uniwersalną strukturą mózgu. Według niego to uniwersalna struktura mózgu wpływa na nasze myślenie, a ono na język, którym się posługujemy. Drugim wielkim przeciwnikiem tej hipotezy jest Wittgensteia, jako przedstawiciel determinizmu językowego, który zakłada, że myślenie jest zupełnie zależne od języka. Nowsze badania percepcji i rozumienia przeprowadzone na przedstawicielach różnych kultur nie potwierdziły bezspornie hipotezy Sapira – Whorfa np. Gadamer’a 1985r. Z drugiej strony nie potrafiono na ich podstawie stworzyć alternatywnego wyjaśnienia różnic występujących w różnych językach. Podsumowanie Podsumowując, hipoteza Sapira- Whorfa to dwa główne założenia: pierwsze z nich uważa, że język, będący tworem społecznym, jako system, w którym wychowujemy się i myślimy od dzieciństwa kształtuje nasz sposób postrzegania otaczającego nas świata, oraz drugie, które mówi, iż wobec różnic między systemami językowymi, które są odbiciem tworzących je odmiennych środowisk, ludzie myślący w tych językach rozmaicie postrzegają świat. Hipoteza ta nie została ani odrzucona ani przyjęta, ma zarówno zwolenników, np. Charlesa F. Hocketa, Hary’ego Hoijer’a, Chandlera czy Georga Lakoff’a, jak i zagorzałych przeciwników zwłaszcza N. Chomsky, F. Fearing, Gadamer, Wittgensteia i Edwin Ardenera. Hipoteza relatywizmu językowego odegrała znacząca rolę w rozwoju lingwistyki i psychologii. Bibliografia: Sapir E., Kultura, język, osobowość. Wybrane eseje, 1978, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy. Whorf B.L., 1982, Język, myśl i rzeczywistość, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy. Adamowska J., Niebrzegowska S., 1999, W zwierciadle języka i kultury, Lublin. Ardener E., 1971, Social Anthropology & Language, Newbury, Londyn. Bytniewski P., 1991, Język i kultura w koncepcji E. Sapira i B.L. Whorfa, ; w: Puzina J., Bartmiński J., Język a Kultura tom 2 Zagadnienia leksykalne i aksjologiczne, Wrocław: Wiedza o Kulturze. Rutkowski P., 2001, Jak wiele można przetłumaczyć; w: „Wiedza i Życie”, nr 2, s. 10- 13. Moś B., 1986, Język i ludowa wizja świata, w: „Akcent”, nr 4. Hipoteza Sapira-Whorfa, ( Data dostępu: 4.03.08). Chandler D., The Sapir – Whorf Hypotesis, , (Data dostępu: 4.03.08). Wendland M., 2007, Relatywizm komunikacyjny a problem międzykulturowego porozumienia, , (Data dostępu: 4.03.08). M. Terlecka